#013. Republika hałasu

Żyjemy w szybkim, głośnym świecie. Hałas stał się domeną naszej cywilizacji, wypełnił ją po brzegi i odebrał nam szansę na spokój. Zwykłe “dzień dobry” potrafi ogłuszyć, bowiem rozmowa przeradza się w coś między rykiem, a wydartym słowem. Odłożenie przedmiotu na stół przeradza się w uderzenie, które dźwięczy łyżeczką od cukru długą chwilę, mordując resztki zdrowej psychiki. Nie ma powrotu z pubu, jest ryk godowy pijanych potworów. Nie ma też dzieci – są świszczące karły wyjące w niebiosa, jakby ktoś je w maszynce do mięsa mielił. Tylko pies brzmi jak pies, podczas gdy ptak ćwierka na pół okolicy, by go ptasi znajomi usłyszeli w tej dźwiękowej katordze.

Czuję się, jakbym jakiegoś leku wziął za dużo, bo dźwięki, które słyszę nie są ludzkie, ale pochodzą od ludzi. Ale pies wciąż brzmi jak pies, więc o co chodzi?
Kakofonia dźwięków morduje mi uszy. Siostra stojąca obok brata drze się, jakby stał pięć przecznic dalej. On chyba jest tak głuchy, że i tak nie słyszy. Ona się drze, a jemu chyba resztki mózgu wywiało od podmuchu wrzasku, bo przestaje kontaktować, oczy idą do góry, w niebo i stoi jak ściana: ślepy, głuchy i zadowolony. Tak chyba wygląda śmierć mózgu.

Nadjeżdża pozytywka, a w niej rytmicznie kotłuje się pranie. Ściana się rusza, bo chyba wirowanie włączył. Cóż to za technologia, że w aucie opłaca się taka głośna pralka?

Zamykam okno. Nastaje cisza, przerywana przytłumionym rykiem republiki hałasu. Szturmuje mój cichy zakątek każdą szczeliną w oknie, próbuje mnie pochłonąć i utopić w swoich złowieszczych nutach. A ja muszę wstać niewzruszony, upijając kradzionej herbaty, podczas gdy uszy mi krwawią. Nie, nie jestem nadwrażliwy. Po prostu mój poziom głośności to płotka przy wielorybie szumu naszej cywilizacji. Ale ja umiem się zamknąć, uciszyć i uszanować czyjś spokój. A ludzki gatunek zapomina, że na świecie jest więcej ludzi niż te dwa wyjce, co drą się do księżyca, bo inaczej nikt ich nie zauważy. Och, co to za czasy, że głośność to wyznacznik zauważalności, a nie jakiś talent, jakieś hobby, czy nadzwyczajna zdolność dzielenia się pasją. Jest jazgot i nic poza tym.

Nie jestem przeciwnikiem zabawy, jestem typem raczej wesołym, ale wychowałem się w szacunku dla innych. Mnie uczono o konsekwencjach zachowań, dzisiaj jest to “niepotrzebny stres”. Bo zamiast nauczyć, że życie opiera się na współżyciu to obchodzi się jak z jajkiem trzymanym ciasno w dłoniach. Po czasie jajko się gotuje, aż ono zaczyna gnić i śmierdzieć jak pomiot piekielny. I nie ma z tego nic dobrego.

Oto republika hałasu. Brońcie się.

Mefisto

#013. Republika hałasu Read More »

#012. Ark: Survival Evolved

Screenshot-15

Wielu z nas w młodości lubiło dinozaury. Takie duże, fajne “cosie”, którego oglądało się chociażby w Pradawnym Lądzie i wydawałoby się, że gdyby pojawiły się w dzisiejszym świecie to byłyby najlepszym przyjacielem każdego. Ja wciąż je lubię, nie wyleczę się z tego. W szczególności, że jednego dnia odkryłem grę, która nazywa się Ark: Survival Evolved. Jest to gra, w którą można grać zarówno samemu bądź na serwerze z innymi graczami. Jako, że jestem mrukiem, zacząłem moją historię samemu i bardzo mocno się wciągnąłem.

Historia zaczyna się prozaicznie prosto. Budzisz się prawie nago na plaży. Wokół ciebie jedno wielkie nic poza tą nieszczęśną plażą, a ty nawet spodni na tyłku nie masz. Na szczęście dosyć szybko coś mnie zeżarło, więc nie zdążyłem nawet zmarznąć, ani zawstydzić się brakiem porządnego odzienia. Drugie podejście było łatwiejsze. Zorientowałem się w tym, że mogę zbierać różne rzeczy i robić z nich narzędzia. Taki typowy surwiwal. Nim jednak zauważyłem, że różne typy narzędzi potrafią pozyskać różne rodzaje surowców z jednego materiału, minęło sporo czasu, a ja, żeby np. zebrać strzechę, nawalałem w drzewo pięścią ile się dało. Raz się w ten sposób zabiłem. Gdyby dawali medal za głupotę to miałbym ich już dwadzieścia.

Screenshot-17

Wracając jednak do mojej historii… Gra to typowy surwiwal. Z każdym wbitym poziomem otrzymujesz punkty engramu, za które wykupujesz “przepisy” na wszelkiej maści rzeczy: od ogniska do pistoletu. Każde ulepszenie ma swoją cenę, jak i wymagany poziom, aby go kupić (no bo głupio byłoby biegać z karabinem już od samego początku). Oczywiście obowiązuje też piramida ulepszeń, tzn. aby odblokować ścianę z drewna, musisz wpierw odblokować ścianę ze strzechy.

Zacząłem od domu ze strzechy. Byłem jak jedna z trzech świnek w lichym domku. Kiedy nadszedł wilk, a dokładniej rzecz biorąc Tygrys Szablozębny, mój domek został zdmuchnięty w chwilę (a ja zostałem zeżarty). Nieważne, to tylko gra. Punkty doświadczenia dostaje się za wszystko, nawet za samo stanie w miejscu, więc pierwsze poziomy wbija się dość prosto. Dosyć szybko dorobiłem się wystarczająco punktów engramu, by zacząć budować drewniany domek. Ten okazał się nieco odporniejszy na tygrysa szablozębnego, ale Brontozaur, którego przypadkiem wkurzyłem (żebym jeszcze wiedział jak), okazał się, bądź co bądź, silniejszy niż moja chatynka. Znowu byłem bezdomny, a do tego zadeptany przez stepującego wielkoluda.

Wziąłem się wtedy za siebie i zrobiłem kolejny upgrade domostwa. Wkroczyłem w erę kamienia łupanego i czułem się w mojej chatce bezpieczny. Dosyć szybko dorobiłem się łóżka i paru domowych przyrządów, więc było mi jak w raju. Tylko stepujący Brontozaur łaził mi po dachu i dziękowałem niebiosom, że to gra, bo bym został pełnoetatowym naleśnikiem bądź inną mokrą plamą. Swoją drogą ten Brontozaur okazał się też bardzo pomocny, bo odganiał mi większe drapieżniki póki coś go nie zeżarło.

W międzyczasie uczyłem się, jak grać, więc z czasem przypadkiem odkryłem, że dinozaury można oswajać. Fakt faktem, że ja nauczyłem się tego w brutalny sposób, bo przypadkiem pozbawiłem przytomności Dodo. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Dodo pobite do nieprzytomniści i nakarmione jagodami będzie twoim zwierzątkiem. Technikę oswajania poszerzyłem o środek nasenny, który przynajmniej trochę złagodził moje metody i zwiększył przeżywalność moich zwierzątek.

Screenshot-6

W niedługim czasie miałem pełno Dodo, które pełnią w grze rolę kury. Dają jajka, dużo jajek i do tego często. Do tego śmiesznie człapią i każdego smutnego dnia pocieszałem się tym ich człapaniem. Dzięki nim nie musiałem polować tylko żywiłem się jajkami. Przynajmniej do momentu, kiedy odwiedził nas Tyranozaur, a dzielne kuraki, widząc, że gigant próbuje mnie zjeść, rzuciły mi się na ratunek. To był najśmieszniejszy i zarazem najsmutniejszy widok w tej grze, kiedy armia Dodo człapała pośpiesznie w stronę T-Rexa, aby go powstrzymać. I padał jeden po drugim do momentu, aż zostałem sam bez moich pokracznych milusińskich. T-Rexa udało się odciągnąć (ciężko było z nim walczyć, kiedy moja najlepsza broń to bardzo łamliwe włócznie), ale Dudusiątek już ze mną nie było.

To był ten moment, kiedy jeszcze bardziej chciałem ulepszyć moje schronienie. Stworzyłem mocny kilof i rozbijałem skały zawierające metal, który, po przetopieniu w wielkim piecu, użyłem do zrobienia mocniejszych, metalowych ścian. Niestety moja miejscówka okazała się jakaś trefna, bowiem zaczęło roić się tam od T-Rexów i innych drapieżników. Wyruszyłem więc w świat i odnalazłem idealne miejsce, gdzie na szybko postawiłem kamienne domostwo, a wokół zacząłem stawiać metalowy mur. Miejsce to miało idealną lokalizację między wielkimi skałami, co pozwoliło oszczędzić mi na materiale i odkąd się tam przeniosłem, nic mnie nie dręczyło (i nie odnotowałem tragicznej śmierci żadnego Dodo).

Szybko się rozbudowałem i ulepszałem, co się da. W pewnym momencie kamienny domek stał się niczym artefakt poprzedniej epoki w moim dziwnym świecie. Nie pasował tam ani trochę, a jednak szkoda mi go było burzyć.

Screenshot-1
Po lewej zbiorniki na wodę, płonący budynek oraz wszelkiej maści fabryki; na prawo stara chatynka, która pierwotnie pełniła funkcję tego po lewej tylko w dużo mniej wydajnym stopniu

Wnętrze nowego budynku zawierało wszystkie sprzęty potrzebne do wyrobu coraz to lepszych materiałów oraz wielki skarbiec na cenne surowce, dzięki którym budowałem moje metalowe miasteczko.

Mając bezpieczne lokum i “ciężki sprzęt”, mogłem spokojnie latać po świecie i łapać dinozaury.

Screenshot-7

W grze jest ich masa, więc nie wiem, ile zajmie złapanie ich wszystkich. Niektóre łapie się prosto, nad innymi trzeba bardzo mocno popracować, a inne to są na tyle uparte, że musiałem podchodzić do tego kilka razy.

Dinozaury można nazywać, więc mam armię Duddil, Dodołaków, Dudusiów i Dudusiątków, Raptora Kangurka i dwa okazy Paracerathium nazwane Paracetamol i Paracetamolka. Jest też T-Rex Yoda, wszelkiej maści Maupki i Wielkie Stopy, Ogórki, Pomidory oraz Złe i Duże Ktosie. Jakby ktoś kiedyś nie wiedział, jak dziecko nazwać, to służę pomocą.

Mógłbym się o elementach gry rozdrabniać na atomy, bo jest ich bardzo dużo i są dosyć ciekawe i dopracowane, ale tego nie zrobię. Na pewno nie w jednej notce, bo musiałbym napisać jakiś trzystustronnicowy poradnik, a to nie miałoby kompletnie sensu. Wolę formę, że tak to ujmę, “rozrywkową”, gdzie opisuję, co mi się przydarzyło jako przykład dlaczego gra mi się spodobała. Poza tym mam w zamiarach opisać poszczególne dinozaury i porównać jak fakty są przedstawione w grze. Tak: ta gra prezentuje poszczególne zachowania dinozaurów: dla przykładu Raptor atakuje i ucieka, przez co ciężko z nim wygrać (aczkolwiek jest to możliwe). Kompsognaty z kolei są ciekawskie i biegają za tobą, patrząc co robisz do momentu, aż jest ich za dużo i zaczynają przejawiać agresywne zachowanie. A to tylko dwa z wielu dostępnych dinozaurów w grze.

W następnym wpisie dotyczącym tejże gry dorzucę trochę ciekawostek o surwiwalu i rozpiszę się nieco o zachowaniu Dodo. A póki co życzę wszystkim miłego dnia z dala od wszelkich złych T-Rexów.

Mefisto

#012. Ark: Survival Evolved Read More »

#011. Pieniądze szczęścia nie dają

Pieniądze szczęścia nie dają. Słowa, które często padają z ust tych, co mają ich za dużo. Może i jest w tym trochę racji, bo pewnie mając ich zbyt wiele rodzina zamienia się w sępy czekające na spadek, bliscy się odsuwają, bo tworzy się między nimi wyimaigowany dystans, a cały świat postrzega cię przez pryzmat portfela, licząc, że za sztuczną miłość spadnie im trochę grosza.

Patrząc na to w ten sposób, pewnie byłbym nieszczęśliwy, mając za dużo pieniędzy. Pewnie bym sporo rozdał na fundacje, które wciąż czynią ten świat lepszym albo sam bym jakąś założył i stworzył sierociniec dla każdej przybłędy na czterech łapach, która zawitałaby w jego progi.

Będąc niesamowicie szczerym, nie wiedziałbym na co mam wydać pieniądze. Gdybym nagle został milionerem, kupiłbym sobie dom gdzieś dalej od miasta, może założyłbym firmę komputerową, rozwijając ją do momentu, aż przynosiła by stały zysk wystarczający na przeżycie, a ja zostałbym w swoim domu i starzał się powoli, aż nadszedłby dzień, kiedy bym tak po prostu umarł i może nawet zostawił komuś to, co zostało mi w banku. Albo podróżowałbym po ciekawych miejscach i jadł tamtejsze dania. Wysyłałbym znajomym mase pamiątek z miejsc, które odwiedziałem i tym razem ja spamowałbym matce na email zdjęciami z tego, co robiłem. Albo może jednak zostałbym przy opcji domu i dotował fundacje, które uważam za słuszne i żyłbym sobie w spokoju z oszczędności na koncie.

Nie umiałbym zagospodarować dużych sum, ale potrafiłbym robić to po mału. Nalać benzyny do pełna i pojechać na wycieczkę, zjeść obiad w gospodzie, a potem spać w domku w lesie, pając drewnem w kominku. Kupić lepszy aparat i robić lepsze zdjęcia, pójść na kursy programowania, opłacić sobie studia, zrobić sobie łóżko z pluszowych misiów…

Ale szybko skończyłyby mi się pomysły. Bo nie potrzebuję drogich aut. Mam najlepsze, moim zdaniem, auto na świecie, bo dowozi mnie tam, gdzie chcę i warczy na idiotów. Nie chcę willi z basenami, wolę dom w zacisznej okolicy z małym sadem owocowym. Niezbyt duży dom, żebym się w nim nie zgubił. Nie potrzebuję lepszego komputera, bo ten jeszcze się nie zestarzał na tyle, by go wymieniać (nie znoszę marnotrastwa, czy to jedzenia, czy sprzętu).

Jak tak pomyślę to jest to prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale umożliwają je pozyskać. Jak już napisałem: pełen bak benzyny to możliwość odwiedzenia wspaniałych miejsc. Bilety na pociąg, czy samolot za ładne oczy nie są. Wrażenia są za darmo, ale aby je mieć, trzeba wpierw się gdzieś dostać, za coś zapłacić. A nawet biorąc psa, czy kota ze schroniska, musisz uiścić opłatę administracyjną. Za miłość futrzanej kulki, która będzie cie kochać do końca swoich dni.

Miałem kiedyś psa ze schroniska. Był chory i był ze mną tylko 6 dni, bo choroba szybko postępowała. Ale to było jego najlepsze 6 dni w życiu, ponieważ umarł wśród ludzi, którzy pokochali zwierzaka całym sercem, bo mógł pójść na spacer i wrócić do domu, gdzie był jego własny kojec, miska jedzenia, wody oraz rodzina, która zobowiązała się opiekować futrzaną kluską, aż po kres jej dni. W cenie opłaty administracyjnej.

Pieniądze szczęścia nie dają, ale je umożliwiają. Czy to dlatego, że złożę dotację i poczuję, że podtrzymuję ważną dla mnie fundację, czy to dlatego, że kupię coś ukochanej osobie i widzę ten szczery, pełen życia uśmiech? Nie wiem. Ale wiem, że pieniądze są wymiernikiem poniekąd fizycznej wartości w tym świecie, a komfort psychiczny (spokojne miejsce zamieszkania, zdrowe, dobre jedzenie, hobby, relaks) potrafią kosztować. Myślę, że wymiernikiem szczęścia jest posiadać tyle pieniędzy, by móc żyć, a nie egzystować, czyli po prostu mieć trochę więcej niż samo przeżycie kosztuje i móc rozwijać pasje, dotować potrzebujących i oszczędzać na szczególne momenty.

Ważne jest to, aby wiedzieć, jak pieniędzy użyć, by zamienić je w szczęście.

20130717_095800

Mefisto

#011. Pieniądze szczęścia nie dają Read More »

#010. Two Worlds: sztuka konwersacji czyli moje pierwsze wrażenie z gry

Screenshot-5

Miałem zagrać w Two Worlds (data wydania: 2007), więc jak tylko grę ściągnąłem, zabrałem się za eksplorację fabuły i świata stworzonego przez Reality Pump Studios. Gra została przeportowana na Linuxa przy użyciu wina i chodzi zadowalająco dobrze.

Szczerze mówiąc grę zaczynałem 3 razy, bo za pierwszym razem biegałem po pierwszej (jakże dużej) lokacji i nie wiedziałem, co mam zrobić, a informację o tym, co mam zrobić, tak lekko mówiąc, zignorowałem. Za drugim razem w tak kreatywny sposób pozbyłem się całego zasobu gotówki, że to nadawałoby się na scenariusz jakiejś żenującej komedii, a jak odrobić straty to pojęcia nie miałem. Ale o tym rozpiszę się później.

Proszę wziąć pod uwagę, że cały ten wpis jest poświęcony grze Two Worlds i może zdradzić wam nieco fabuły gry. Obiecuję opisać moje przeżycia i odczucia w taki sposób, aby jak najmniej popsuć radości z grania tym, którzy będą chcieli zagrać.

Zacznę od tego, że gra jest intrygująca. Na początku pojawia się motyw ucieczki i pogoni, ale twórcy nie mówią nam, kto nas goni i po co. Jesteś ty – główny bohater i twoja siostra oraz tajemnica tego, skąd jesteście, dokąd zmierzacie i kogo wnerwiliście. Oczywiście pogoń porywa siostrę, a ty miesiącami jej poszukujesz, trudniąc się zawodem łowcy nagród. Pierwsza misja połączona jest z twoim zawodem i ma ci naświetlić sposób poruszania się postacią.

Screenshot-1

Wyrzuć więc zatem całą logikę za okno, ta gra rządzi się swoimi prawami. Spacją wchodzisz w interakcję ze wszystkim, za pomocą E skczesz. Wszyscy gracze już wiedzą, że będzie ciężko, ale do tego da się przyzwyczaić. Ale to i tak nic. Pod prawym przyciskiem myszy znajduje się magia, zaklęcia magiczne, czy jakkolwiek by to określić, ale również i przewijanie dialogów. I to był mój największy problem przez pierwsze 30 minut gry. Nie wiem czemu, ale uparłem się, że konwersacja z mieszkańcami wiosk odbywa się za pomocą prawego przycisku myszki i raz po razie ładowałem kule ognia w moich rozmówców na początek rozmowy. W ten sposób cała wioska nienawidziła mnie w przeciągu 5 sekund i domagała się haraczu za każde moje przewinienie (nie rozumieli, że w moich stronach tak się rozmowę zaczyna – ogniem w twarz, by było miło, ciepło i przyjemnie). Tak właśnie pozbyłem się wszystkich pieniędzy.

Są też przyciski jak na przykład I, gdzie lądujesz w plecaku i masz stamtąd dostęp do umiejętności, mapy, ekwipunku, magii i reputacji…

Prawo. W grze panuje surowe prawo, jak można zauważyć. Atakowanie wszystkich jak leci nie wchodzi w rachubę. Włażenie komuś do domu też nie. Każda kara ma za zadanie odebrać ci jak największą ilość gotówki, zaokrąglając ją do pełnej liczby (np. masz 5.249 to kary płacisz 5.000).

Oczywiście masz prawo nie płacić, ale musisz wtedy opuścić miasto. No i zawsze możesz się wykłócać, ale w przypadku tej gry nie polecam tego robić, bo i tak skończy się to źle. Dla ciebie, oczywiście.

Screenshot-8

Ciekawym aspektem gry są konie. Strasznie ciężko je prowadzić, non stop ładują się na wszelakie kamienie, górki, a raz nawet koń pacan wbił mi się w tekstury. Skończyło się tym, że dostałem się do miasta, do którego wejść można tylko jedną bramą, otwieraną od zewnątrz. Dobrze, że twórca stworzył kamienie teleportacyjne i mogłem wyjść z miasta, by otworzyć bramę i poruszać się w miarę swobodnie (ja to wszystko robię od końca).

W grze są również wyżej wspomniane teleporty, ale też i wszelkiej maści monumenty, przy których odradzasz się po śmierci bądź odnawiasz utracone życie. Jak również widać na screenshocie teleportu, zrodził się duch orka, którego wcześniej tam utłukłem. Dzieje się tak tylko w nocy. Ale nie narzekam, exp to exp bez względu na to, czy żywy, czy martwy.

Skoro wszystkie aspekty mechaniczne gry omówiłem, pora na fabułę. Osobiście jest dla mnie intrygująca, choć ktoś już zauważył, że sporo gadają jak na starego, klasycznego RPGa. Nie przeszedłem jeszcze gry, by stwierdzić, czy warto grać dla fabuły, czy nie, zresztą jest to trudny temat, ponieważ ja mogę lubić inne rzeczy niż wy. Uważam jednak, że każda gra zasługuje na szansę. Kiedyś w końcu uważałem, że Minecraft to nieciekawa gra, a dzisiaj jest to mój symulator wszystkiego.

A póki co wracam do grania – być może opiszę moje odczucia, gdy grę przejdę i wydam ostateczny werdyk.

Mefisto

#010. Two Worlds: sztuka konwersacji czyli moje pierwsze wrażenie z gry Read More »

#009. Balansując między dobrem a złem

Życie to trudna książka. Głównie przez ludzi, którzy, mimo iż nie są bohaterami mojego życia, próbują mi narzucić swoje zasady, wierząc, że to jedyna słuszna droga. Tłumaczenie tego moim dobrem niczego nie zmienia, bowiem dobro czyniome wbrew komuś nie jest dobrem. To tak jak przynieść jedzenie głodnym ludziom i wpychać je w nich, aż zwymiotują. Cel był dobry: nakarmić głodnych, ale wykonanie było zdecydowanie złe.

Jestem bohaterem w mojej książce o życiu, ja swoje życie przeżyję, nie ktoś inny, więc jeśli mam czegoś żałować to niech to będą moje durne decyzje, a nie cudze durne decyzje. Życie przeżyte na zasadach obcych ludzi, którzy udają miłych, nie będzie się liczyło. To nie życie, to ucieczka przed odpowiedzialnością za samego siebie i ułożenia swojej historii tak, by na końcu powiedzieć “warto było”.

Także “prostowanie mnie” na siłę nic nie da, bo ja nie jestem krzywy. Jestem po prostu prosty prostopadle do innych, wskazując swój kierunek w życiu, a dokładniej niebo: czyli ogrom możliwości, jaki stoi przede mną.

Kiedyś zapytano mnie, kim chce być, jak dorosnę. Nie wiedziałem wtedy, co powiedzieć. Dzisiaj powiedziałbym, że chciałbym być dobrą książką, która ma w sobie tyle wspomnień, ile potrzebuje naprawdę dobry człowiek.

IMG_20130219_125858

Mefisto

 

#009. Balansując między dobrem a złem Read More »

#008. Minecraft: opowieść o tym, jak poleciałem w kosmos

Minecraft zadziwia swoimi modami. W poprzednim wpisie o Minecrafcie pomyliłem się z ich liczbą. Nie jest ich tysiące. Ich liczba ograniczona jest kreatywnością twórców, a ta zdaje się być studnią bez końca. Za niektóre mody podziękuję, za inne się wścieknę, ale wciąż mam szacunek za włożoną w nie pracę.

Dzisiaj skupię się na kilku modach, a dokładniej Galacticraft i jego addonach (czyli dodatkach do modyfikacji). Galacticraft umożliwa wędrówkę i eskplorację wygenerowanego świata (a dokładniej planet w naszym układzie słonecznym, a nawet tych poza nim).

Także postanowiłem odwiedzić planetę najbliższą Słońcu zwaną Merkury. Przygotowania były czasochłonne. Trzeba było wszak zaopatrzeć się w rakietę (a nawet dwie, bo nie leciałem sam) oraz narzędzia tworzące tlen (w grze jest to Oxygen Collector, Compressor i Bubble Distributor), mające za zadaniu zebrać tlen z rozłożonych liści wokół (tak, wiem, nieśmiertelna logika gier) i przemienić go w bańkę powietrza potrzebnego do przeżycia.

Ale pokolei. Jako wasz kosmiczny reporter, uwieczniłem całą wyprawę na Merkurego.

Podróż zaczęła się sprawnie, od wylotu w kosmos. Start odbył się bezproblemowo (na szczęście komuś tym razem nie popsuła się rakieta i nie spadł z powrotem na ziemie).

2016-05-31_00.32.42
Przed startem
2016-05-31_00.33.14
Nasz bezproblemowy lot (ktoś się pośpieszył i wystartował pierwszy)

2016-05-31_00.33.31

Lądowanie również odbyło się bez problemów.

2016-05-31_00.34.07
NASA może się schować przy takiej technologii

Merkury nie jest przyjazny turystom o tej porze roku. Szczerze mówiąc w ogóle nie jest. Jest tam tylko bezlitosny, parzący żar pochodzący wprost z jasnego słońca, które świeci ci w oczy.

2016-05-31_00.34.28
Aż w oczy piecze…

Na szczęście jednak mieliśmy ochronne kombinezony, które nie pozwoliły temperaturze popsuć nam wyprawy.

2016-05-31_00.45.23
Profesjonalny sprzęt profesjonalnego astronauty

Poza słońcem, była też przeogromna pustka. Absolutne zero. Żadnego komitetu powitalnego stworzonego z potworów, żadnej pocztyczki na początku, żadnego wybuchu Creepera. Nic tylko jedna wielka samotność zawieszona między słońcem, a nicością (i Wenus).

2016-05-31_00.35.49
W tle widać Wenus

Nierażeni jednakże przeciwnościami losu, zaczęliśmy budować naszą bazę wypadową na tejże planecie. Wykorzystaliśmy panele słoneczne, by ze złowrogiego słońca zrobić naszego sprzymierzańca i przerobić jego żar na elektroczność.

Mając zasilanie, mogliśmy zacząć stawiać maszyny do produkcji tlenu.

Wokół bazy powstała bańka tlenu, która pozwalała nam się swobodnie poruszać bez kombinezonów, czy też utraty tak cennej rzeczy, jaką jest powietrze w zbiornikach.

Byliśmy gotowi na dalszą przygodę. Uzupełniliśmy tlen w zbiornikach i wyruszyliśmy na podbój Merkurego. Przeczesaliśmy całą jego powierzchę w poszukiwaniu dungeonu, gdzie tajemniczy stwór chronić miał istotnych dla nas rzeczy: rzadkich surowców i planów bardziej zaawansowanych statków kosmicznych, umożliwiających lot na dalsze planety (skąd one to miały?).

Nasze poszukiwania były oczywiście owocne. Znaleźliśmy zejście do podziemii.

2016-05-31_01.05.02
A opuszczała nas już nadzieja…

Bez wahania wskoczyliśmy w ten piekielny wwiert. Czekało tam na nas wiele dziwności!

2016-05-31_01.06.09
Te pochodnie się palą, chociaż tam nie ma tlenu!

Przebiliśmy się przez długie tunele i w końcu dotarliśmy tam, gdzie pieczarę swą miał tajemniczy potwór.

2016-05-31_01.07.34
No co to może być!?

Oczywiście, tym potworem okazał się wielki creeper plujący w nas ładunkami wybuchowymi. Naszym zadaniem było je w niego odbijać. Nie było tak źle.

2016-05-31_01.08.16
Ping pong z zielonym, kosmicznym ogórkiem

Ostatecznie pokonaliśmy maszkarę i, zabierawszy wcześniej klucz, ruszyliśmy w stronę komnaty ze skarbem, której nie było. No po prostu zapomniano chyba o nagrodzie dla nas za wysadzienie pana tego miejsca w powietrze. Zrozpaczni poszukaliśmy innego dungeona i w nim również nie było komnaty ze skarbem (było za to morze lawy, do którego mało co nie wpadłem).

Powróciliśmy więc na naszą bazę, aby zaplanować kolejną wyprawę, gdzie, miejmy nadzieję, nikt nas tak okrutnie nie oszuka i jednak skarby się znajdą dla nieustraszonych podróżników.

Mefisto

#008. Minecraft: opowieść o tym, jak poleciałem w kosmos Read More »

#007. Miejsca wspaniałe i ich mieszkańcy

Są takie miejsca na ziemi – miejsca wspaniałe – gdy których bramy raz przekroczysz, to nie chcesz już wracać. Takie miejsca wydają się domem od pierwszej chwili, gdy się do nich wejdzie i nie chce się wracać, bez względu na to, jak bardzo jest zimno i jak bardzo mokry pada deszcz. A czasem, gdy na błękitnym niebie zakwitnie słońce, ze swych kryjówek wychodzą mali przyjaciele, ciekawscy świata i nowych towarzyszy.

Powiem szczerze, że nie wiem, kogo bardziej ciągnie do siebie: ja do zwierząt, czy one do mnie, ale zawsze, bez względu na to, gdzie jestem, znajdzie się mała (bądź duża) istota, która podzieli moje zainteresowanie i przyjdzie się przywitać, czy też wbiec mi do plecaka i zrobić z niego namiot.

Od zawsze lubiłem zwierzęta, a one w jakiś sposób lubiły mnie. Czasem to lubienie ograniczało się do przyjrzenia się sobie i ucieczki w nieznane, jednak niektóre zwierzaki bardzo lubiły, kiedy poświęcałem im uwagę (nawet dwie wiewiórki pobiły się o to, której miałem robić zdjęcia). Widzę w nich dzikie piękno, czy to w truchtającym wesoło gołębiu (bądź człapiącej mewie), czy w takiej wiewiórce, która biega wkoło szukając celu. Nawet taki kot posiada w sobie coś nieznanego, chociaż jest to kociak z podwórka, który będąc małą, pulchną kluską z futra uciekał przed liścmi, które nagle spadły z drzewa.

Mam nadzieję, że zawsze będą parki, czy lasy, gdzie taka wesoła wiewiórka podbiegnie do mnie, zafuka przeuroczo z wrażenia i będzie biegać podekscytowana wkoło uważnie mnie obserwując. Nawiązanie kontaktu z taką małą istotką podbudowuje, bowiem ona daje ci wszystko, co ma: zaufanie. I chociaż jest to piękne to jednocześnie jest to boleśnie smutne, bowiem zaufanie dane mi może też być dane osobie, która nie będzie się zachwycać, ale skrzywdzi niewinne zwierzę dla swojej uciechy.

Ktoś mądry powiedział, że będąc dobrym dla zwierząt, potrafimy być dobrzy dla ludzi. Wierzę, że zwierzęta uczą nas cierpliwości, ponieważ musimy wytężyć się, by porozumieć się z kimś, kto nie do końca rozumie naszych zwyczajów, wypowiedzianych słów, czy gestów (wszak podniesienie ręki dla wielu zwierząt może oznaczać uderzenie).

Będę dalej poznawał świat i jego małych (i dużych) mieszkańców, bowiem bez tych małych stworzonek byłoby w sercu pusto i nudno.

Mefisto

#007. Miejsca wspaniałe i ich mieszkańcy Read More »

#006. Minecraft

Moja pierwsza gra na Linuxie, która nie wymagała wina to Minecraft (data wydania: 2011), stworzona przez Mojang. Napisana w Javie gra do eksploracji świata i detonowania przerośniętych ogórków. Chyba prościej tego nie można opisać.
Minecraft budzi wiele kontrowersji, jedni ją lubią, inni nie za bardzo. Jedno trzeba przyznać: ta gra jest potężnym narzędziem zasilanym przez wyobraźnię fanów, którzy od początku istnienia tej gry, aż po dziś dzień stworzyli tysiące przeróżnych modów, z których korzystają gracze na całym świecie.

Mnie osobiście mody potrafią zmęczyć (obecnie gram na serwerze, który zawiera ich 110). Przyznam szczerze, że są zarówno ciekawe, jak i trudne. Lepsze bronie, czy sprzęty otwierają drogę do większych możliwości, ale czasem zrobienie ich zajmuje bardzo dużo czasu. Jeśli ktoś twierdzi, że mody to cheatestwo to bardzo się pomylił. One same w sobie eliminują możliwość oszukiwania.
Jednakże skupmy się na zwykłym Minecrafcie, jego wadach i zaletach.

Podstswową rzeczą jest to, że Minecraft zawiera różne “tryby” gry. Creative otwiera dostęp do wszystkich bloków w grze i pozwala na kreatywne spędzanie czasu w grze. Survival z kolei skupia się, jak sama nazwa wskazuje, na przeżyciu. Tryb Adventure dotyczy map tworzonych przez graczy, których celem jest fabuła bądź przygoda (jak np. mapy polegające na wydostaniu się z danego miejsca). Tryb ten uniemożliwia niszczenie niektórych bloków, aby gracz zmuszony był działać wedle ustalonej fabuły. Jest również tryb Hardcore, który jest niemal dokładnie taki sam jak Survival z tą różnicą, że zginąć można w nim tylko raz (na serwerze otrzymuje się bana, który może wygasnąć po pewnym czasie, a prywatna rozgrywka zostaje usunięta z komputera).

Gra oferuje również masę surowców, z których możemy pozyskać przedmioty potrzebne nam do przetrwania (zbroje, narzędzia, bronie). Wiadomym celem graczy jest uzyskanie ich jak najlepszej jakości (i zemszczeniu się na potworach).

Można by tę grę opisywać i opisywać, ale ja powiem w skróce: lubię Minecrafta za wolność i możliwość zrobienia ze światem cokolwiek, co się chce (można go wysadzić w trybie Creative).

Można budować niesamowite budowle. Albo niszczyć wszystko wkoło.

Można zabijać bossy (dostępne są obecnie tylko dwa bossy).

Można też po prostu świetnie się bawić (wraz z błędami gry).

To, co opisałem tutaj to podstawy podstaw, sam Minecraft jest bardzo rozbudowany, więc opisanie go zajęłoby stulecia (poważnie). Rozbiję moje “ochy” i “achy” nad nim na kilka notek, gdzie opiszę perypetię ze światem, potworami i moim głównym przeciwnikiem: modami (chociaż na powyższycg filmikach widać, że można się nimi świetnie bawić).

Mefisto

#006. Minecraft Read More »

#005. Niezniszczalny blaszak

To może trochę głupie, aby pisać o komputerze, ale ten jeden model zasługuje na swoją notkę, a nawet na hołd, bowiem jednocześnie upartość jak i wytrwałość tej jednostki zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Dlatego też nazwę go roboczo “niezniszczalny blaszak”.

Niezniszczalny blaszak to serwer Poweredge SC430. Tak, serwer. Tak, dało się go używać jako zwykłego PC.

W tej chwili jest już 10-letnim staruszkiem z hardwerem dawno przestarzałym, a jednak emerytem został dopiero w 2016. Dlaczego? Bo nie ma bardziej upartej maszyny niż niezniszczalny. I chociaż już go raczej nie użyję, z sentymentem trzymam go w szafie na wypadek, gdybym go jeszcze kiedyś potrzebował.

Dostałem go pod swe władanie 2012 roku, wcześniej działał jako serwer głównie emailowy. Ciężki, toporny sprzęt, który przetrwał kradzież tylko dlatego, że ważył sporo. Z początku korzystałem z niego na skraju biureczka, a on buczał sobie przy łóżku (bo chłodzenie ma bycze). Jego wydajność była imponująca jak na tamte czasy.
Początkowo grałem na jakiejś tajemniczej karcie graficznej 64mb, ale ta zdechła śmiercią bolesną. Przez chwilę miałem laptopa z Windowsem, a potem był wielki powrót do blaszanej puszki.

Mogłem wtedy grać jedynie w gry, które mieściły się w 8mb karty graficznej (czyli Heroes of Might & Magic III męczyłem po raz kolejny w moim życiu). Dodatkowo, dało się grać w Minecrafta, którego wymagania graficzne oscylowały w granicach 64 – 128mb w tamtych czasach. Byłem pod wrażeniem. Z czasem kupiłem za grosze kartę graficzną z 256mb i wtedy zaczęło się… Nie było gry, w którą nie mógłbym zagrać. No dobra, żartuję. Były takie gry. Ale przeskok z 8mb na 256mb to jak zmienienie roweru na Ferrari. Jest odczuwalna różnica. Jeszcze później miałem słabą 2gb kartę (jedyną, która w takiej konfiguracji pasowała do serwera), która radziła sobie z większą ilością gier.

Wtedy pierwszy raz zagrałem w Star Wars: The Old Republic. Gra pochłonęła mnie do reszty, oczywiście poza momentami, kiedy nie grałem w Minecrafta. Mój blaszak dawał radę. Dołożyłem mu pamięci i z 2gb zrobiło się 4gb. I, wierzcie czy nie, to mi starczało do 2015. Wtedy też kupiłem symulator ginięcia na 1.000 sposobów zwany Ark: Survival Evolved i 4gb to było mało. Miałem jeszcze 8gb tzw. pamięci swap, którą w Linuxie wydziela się na dysku i system zrzuca na dysk to, czego nie pomieści w pamięci. Oczywiście umożliwiało mi to grę, ale dysk był wolny. Miałem wybór: kupić pamięć (która, pod mój komputer, była nieopłacalnie droga) albo kombinować ze swapem. Kupiłem więc dysk SSD i swap wydzieliłem na nim. Gra zaczęła płynnie chodzić (no cyrk na kółkach). Dalej mogłem biegać po wyspie i straszyć dinozaury.

Chęć zmiany nadeszła dopiero wraz z Saints Row: Gat Out of Hell, gdy komputer mój ledwo już ciągnął. Nie, nie zawieszał się, czy przegrzewał. Trochę dźwięk wariował i po skończeniu grania gra nie chciała się już wyłączać (ale dalej udawało się wejść do menu, otworzyć konsolę i zabić proces). W tym momencie, dokładnie na początku 2016 roku, zauważyłem, że mój blaszak potrzebuje odpoczynku. Z bólem serca złożyłem nowy komputer (tym razem nie serwer, chociaż momentami mnie kusiło), typowo pod gaming.
Niezniszczalny wciąż siedzi w szafie i czasem zdaje się do eksperymentów, czy sprawdzenia czegoś. On będzie działał póki się nie rozpadnie – to pewne. To mocny sprzęt, chociaż już tak bardzo przestarzały.

To, co mnie w nim urzekło to fakt, że nie miał czujników do kontrolowania temperatury, ponieważ “producent nie przewiduje przegrzania jednostki”. Potwierdzam. U mnie zluzowało/wyrobiło się mocowanie chłodzenia przy procesorze, a i tak dawał radę z grami. Owszem, ” docisnąłem” chłodzenie gąbką, ale nie było to to samo, co zwykłe mocowanie śrubą.
Dlatego też, gdyby producent wypuścił ten serwer z dzisiejszym hardwarem, kupiłbym go na pewno. I notkę pożegnalną dla niego pisałbym za około 10 lat…

A ja mogę powiedzieć, że granie na serwerze mogę zaliczyć to wielu dziwnych rzeczy, jakie robiłem w życiu. Ale to będę dobrze wspominał. W końcu dało się grać w gry!

Mefisto

#005. Niezniszczalny blaszak Read More »

#004. Wycieczka

Wiem, że ta notka miała być o czymś innym, ale czasem tak po prostu odrywam się od rzeczywistości i wędruję tam, gdzie czas płynie powoli, a nawet zatrzymuje się i pozwala mi się cieszyć tą dłużącą się chwilą.

W tym miejscu nie ma za wiele ludzi, a jeśli są to ich interakcja ze mną ogranicza się do zwykłego “dzień dobry” i szczerego uśmiechu. Czy więcej trzeba do szczęścia? Tak, trzeba jezcze pięknego widoku.

Szkoda, że aparat, mimo wszystko, nie oddaje widoku tak dobrze, jak widzi to oko.

Mefisto

#004. Wycieczka Read More »

Scroll to Top