Przeprowadzka to tak obszerny i ciekawy temat, że udało się mu połączyć nawet z moją pracą. Mam tendencję do ładowania mojego plecaka do oporu podczas przeprowadzek, aby i w nim przenieść trochę rzeczy. Plecak ten potem noszę do pracy. Aczkolwiek zdarzyło się pare sytuacji, kiedy zapomniałem rozładować moją sakwę i pełną dóbr zabrałem do biura.
Wniosłem masę naczyń, talerze, sztućce, a nawet kilka noży. Swoją drogą kiepsko to świadczy o bezpieczeństwie w budynku. Na szczęście dla wszystkich moje psychopatyczne zapędy kończą się na Simsach.
Udało mi się wnieść moździerz kuchenny. Nie pytajcie jakim cudem nie czułem tego ciężaru.
Były ubrania, części komputerowe, kable, przedłużacze, sprzęty typu suszarka, prostownica… Miałem przy sobie nawet płyn do prania, kosmetyki oraz szampony/płyny pod prysznic. Zdarzyło mi się zabrać w tym samym czasie wałek i butelkę wódki.
Dlaczego o tym piszę? Bo ostatnio zabrałem do pracy wibrator. 🙂
Odkąd pamiętam lubiłem muzea. To jest swego rodzaju inny świat, gdzie teraźniejszość zderza się z przeszłością pokazując rzeczywistość, którą można teraz oglądać jedynie zza szklanej osłony. Kiedy więc dowiedziałem się, że w Weston-Super-Mare jest muzeum, nie mogłem tam nie pójść.
Przybytek ten mieści się między wąskimi uliczkami pośród dziesiątek sklepów z przeróżnym asortymentem (znajdzie się tam nawet coś dla fanów air soft gunu). Szczerze mówiąc odkryliśmy go przypadkiem, kiedy wolnym krokiem szliśmy przed siebie w poszukaniu czegoś ciekawego.
Wstęp jest darmowy, mimo iż na wejściu mamy kasę. Dotyczy ona jednak stoiska z pamiątkami, gdzie można nabyć przeróżne fanty. Myśmy jednak przybyli tam ugryźć kawałek historii, dlatego ruszyliśmy wgłąb budynku.
Pierwsze piętro nie ma, zdawałoby się, wielu atrakcji. Nic bardziej mylnego! Spostrzegawcze oko może dojrzeć znaki, które zaprowadzą nas do wiktoriańskiej chatki o nazwie Clara’s Cottage. Uroczy domek mieści w sobie sprzęty typowe dla domostwa z tamtego okresu, a także kolekcję lalek i zabawek z tamtych lat.
Dalej udaliśmy się na piętro, aby tam podziwiać kawałki historii Weston, które przetrwały próbę czasu. Najbardziej jednak zainteresowały nas dziwne automaty z dawnych lat, które w zamian za 20 pensów przedstawiły nam egzekucję trzech mężczyzn oraz śmiejącą się lalkę-marynarza.
(wrzucam czyjś filmik z lalką, bo w mój wpakowała się matka :P)
Szybko jednak dotarliśmy do ostatnich wystaw i udaliśmy się w stronę wyjścia. Muzeum nie jest szczególnie wielkie, ale upchnęli tam trochę eksponatów i pamiątek z dawnych lat. Chociaż niektóre nadgryzł ząb czasu to jednak dumnie reprezentowały swoje czasy.
Jeżeli kiedyś jakaś magiczna siła zagna was do Weston to mam nadzieję, że popchnie was i do tego muzeum! Zdecydowanie warto!
Jak bardzo ucieszyła mnie sama gra, tak jeszcze bardziej ucieszyły mnie dwie aktualizacje, które wyszły kolejno w okresie Halloween oraz Świąt. To znaczy, że twórcy wciąż pamiętają o tym cudzie absurdu, jaki wymknął im się ze studia. Jakby tego było mało to dowiedziałem się jeszcze, że wyszedł dodatek do gry. Normalnie poczułem się jak w dzień dziecka.
Wróćmy jednak do tematu dzisiejszego wpisu, czyli dwóm aktualizacjom. Pierwsza Halloweenowa pozwala nam odkryć mroczną, pranksterską stronę Polly i Scotta, którzy w swym największym, najdoskonalszym żarcie doprowadzają do końca świata. Wszystko oczywiście z naszą pomocą. Rozgrywka kończy się inną niż do tej pory piosenką – tym razem wykonaną przez samych Scotta i Polly (a dokładniej przez aktorów podkładających im głosy).
Kolejna świąteczna aktualizacja niesie za sobą pudełko z prezentem od naszej kochanej sklepikarki Valerie. Pudełeczko to za każdym razem daje nam inny podarek, a cztery prezenty z nich mogą dać nam w sumie aż 5 zakończeń. I tak mamy do uratowania Mirandę przez zabójcami (lub zawalenie po całości), Damiena z obsesją na punkcie dziwnej figurki i tradycji związanej z nią oraz Scotta z dziecięcym rysunkiem, przeżywający kryzys w postaci braku rodziców. Jest jeszcze ostatnie, najtrudniejsze do uzyskania zakończenie, w którym zostajemy pomocnikiem Valerie.
Jeśli chodzi o Damiena to możemy w końcu zobaczyć jego ojców. Kubek wymiata!
Przeszedłem wszystkie (chociaż z ostatnim męczyłem się kilka dni – prezenty wypadają losowo i trzeba trochę poczekać nim wypadnie to, co powinno) i jestem zadowolony. Twórców nie opuścił spaczony humor, mnie dalej bawi ta gra, więc jest tak, jak być powinno. Monster Prom w swojej pełnej krasie.
Pisałem w pierwszej notce Kącika Technicznego, czym można się sugerować budując swój pierwszy komputer do gier. W dzisiejszej chciałbym skupić się na samych dyskach.
Chociaż zdawałoby się, że dyski pełnią jedynie funkcję szuflady na nasze dane, mają one bardzo duży wpływ na szybkość ładowania się gier. Najbardziej zauważyłem to podczas grania w Dragon Age: Inquisition. Tytuł ten na ekranie ładowania zapisu gry wyświetla spore ilość ciekawostek odnośnie świata Thedas, w którym odbywa się rozgrywka. Ani razu nie udało mi się cokolwiek przeczytać do końca, bowiem gra ładuje się na dysku SSD zdecydowanie za szybko. Ta pozycja powstała za czasów, kiedy standardem były dużo wolniejsze dyski talerzowe, więc twórcy mogli spokojnie takie ciekawostki umieścić w grze.
W poniższym filmiku możecie wyraźnie zobaczyć, ile czasu zajmuje przybliżony czas ładowania się różnych gier na różnych rodzajach dysków.
https://www.youtube.com/watch?v=GCDQaE9N-eo
Chociaż uwielbiam wszelkie ciekawostki na ekranach ładowania to jestem bardzo mocno przekonany o tym, że wraz z rozwojem technologii mogą one stopniowo kurczyć się, aż ostatecznie trafić do śmietnika. Kto wie – może za kilka lat znikną i same ekrany ładowania się gry?
Nadszedł ten wyczekiwany przeze mnie moment, kiedy to mogę światu obwieścić, że zdaliśmy klucze od tamtego domu i wzięliśmy pierwszy głęboki oddech pełen wolności od przenoszenia i sprzątania. Zostało jeszcze rozpakowywanie, ale to idzie nam jakoś sprawniej. To ostatnia przeprowadzka w Anglii, więc z lekkością idzie nam rozpakowywanie kolejnych siatek i układanie rzeczy na “swoje miejsce”.
Chociaż cały czas się łapie na tym, że mówię “przy następnej przeprowadzce”. Następnej (w tym kraju) już nie będzie! 😀 W tej chwili brzmi to dla mnie conajmniej kosmicznie!
Na pomoc przybyła też moja matka, która narzuciła nam takie tempo, że to cud, że żyjemy. Chociaż jej pomoc była nieoceniona to jednak było parę momentów, gdzie byłem na skraju załamania. W życiu tak się nie nabiegałem z rzeczami, jak nabiegałem się za nią, żeby nie wyrzucała Smoczyńskiemu zabawek albo nie pakowała śmieci do auta. :<
W międzyczasie zmieniłem też pracę! Podoba mi się organizacja wszystkiego w nowym miejscu (tzn. nie muszę sam pisać stosów notatek tylko mam je gotowe i mogę robić rzeczy nie umiejąc ich robić!), wyluzowany sposób pracy (bo jest nas od groma i ciut ciut, i zawsze się zdąży), nowa pani menadżer zachęca nas do apprenticeshipów (opisałem je trochę tutaj), więc zaświeciły mi się oczka. Mam zielone światło, aby zacząć level 4, czyli idę na studia! 😀 Mój cel to level 6, czyli licencjat, a potem, jeśli się uda, level 7, czyli magisterka. Pod koniec miesiąca idę się popytać, co i jak, bo odkąd byłem apprenticem zmieniło się trochę rzeczy. 😀
To wszystko wpłynęło też bardzo dobrze na nasz budżet, co mnie cieszy, bo można kupić więcej gier! 😀 Ostatnio kupiłem Dragon Age: Origins z dodatkiem Awakening, bo te (w sensie płyty) zostały w Polsce i jak tylko skończę Dragon Age: Inquisition to zajmę się pierwszą częścią (zaraz po grze Cultist Simulator, bo i ta mi wpadła dzięki Humble Bundle). Będę się też brał za wszystkie gry z serii Assassin’s Creed i mam w sumie kilka innych serii gier, więc 2019 będzie rokiem produkcji AAA. Aczkolwiek nie zdziwcie się, jeśli ich opisy pojawią się w 2020. 😀
No i mam w końcu Heroes of Might & Magic III! Jedna z moich ulubionych gier z dzieciństwa trafiła w końcu do mojej kolekcji! Jestem tak tym faktem uradowany, że czuję się, jakbym miał znowu 10 lat i obrywał bęcki od komputera tak bardzo, aż w ruch szły kody do momentu, kiedy pół ekranu było zasypane komunikatem “oszust”. 😛
Nie muszę chyba też pisać, że do Monster Prom wyszedł dodatek, za który się właśnie zabrałem i jestem na etapie randkowania z komputerem z biblioteki. Jeśli tak często będę grał w tą grę to najpewniej zgnije mi mózg do reszty! 😀
Smoczyński za to gra w swoje gry edukacyjne, z których jest niesamowicie zadowolony. Poprawiła mu się motoryka palców, uwielbia wciskać wszelkie przyciski (także przypięcie go do fotelika, czy krzesła nie ma już trochę sensu :P), a najbardziej wsadzać palce do dziurek od klucza. Jedna już została zaszpachlowana, bo paluch mało co nie uktnął…
Szukaliśmy mu telefonu, aby miał więcej ciekawych gier (i nie rozładowywał mi mojego telefonu, bo jednak czasem się on przydaje, a te gry żrą prąd jak głupie). Wszystkie dziecioodporne modele są tak ciężkie, że gdyby nimi rzucić w kogoś to ten ktoś byłby martwy. Padła więc decyzja “Mefciu, kup sobie Samsunga S9, a jemu oddaj S7”. Zerkając na stronę Samsunga zauważyłem, że wychodzi S10 i z takim typowym dla mnie uśmiechem (zwanym też diabelskim) zapytałem się, czy nie chce. Połówkę ogarnęła radość, poczytała, potwierdziła, więc zamówiłem w przedsprzedaży. I pierwszy raz tak bardzo oboje czekamy na dzień kobiet, bo wtedy ma przyjść. 😛
Swoją drogą mogę oficjalnie powiedzieć: zaczęło się! Smoczyński wpadł w nasz zwyczaj dziedziczenia telefonów po sobie. 🙂 Na razie będzie go używał jedynie kilka razy w ciągu dnia po maksymalnie 10 minut na raz, bo w końcu to dziecko i się szybko nudzi. 😛
Na sam koniec powiem, że byliśmy też sprezentować naszemu rydwanowi grozy nowe opony (zwane też bucikami), bo stare się wytarły (bo jak się człowiek tyle przeprowadza to nawet auto mówi dość). Pokręciliśmy się po salonie, pooglądaliśmy nowe modele aut, pomierzyliśmy pojemność bagażnika Smoczyńskim i przede wszystkim miło spędziliśmy czas. 😛 Widzieliśmy nowszą wersję naszego pojazdu i jesteśmy nią zachwyceni. Nie powiem, że kusi, ale nie mamy potrzeby posiadania dwóch aut. Na razie. :>
Zważając na okoliczności stwierdziłem, że na blogu przyda się kolejna seria, która będzie się pojawiać ilekroć za mocno zderzę się z rzeczywistością. W ostatnim czasie przydzwoniłem o ścianę z taką mocą, że cud, że jej nie przebiłem.
Przeprowadzka. Temat rzeka.
Kupiliśmy nową, a przede wszystkim większą lodówkę. Poprzednia lodówka oraz osobny zamrażalnik postanowiłem oddać na cele charytatywne. W końcu w Anglii jest takich fundacji od groma i ciut ciut. I nie wyszło, bo każdy “sklep charytatywny” nas olał – miał gdzieś nasz poświęcony czas na czekanie na nich. Wszakże panie, z którymi rozmawiałem przez telefon umawiając odbiór i panowie, którzy mieli sprzęty zabrać dostaną swoją wypłatę bez względu, czy te sprzęty wezmą. Straci na tym tylko grupa docelowa, czyli dzieci, chorzy ludzie, czy niepełnosprawni.
Czasem czuję się jak głupek, bo próbuję zrobić coś dobrego i zderzam się z lenistwem innych ludzi. Tak, lenistwem, bo dzisiaj Połówka czekając na kierowcę widziała jak wjechał na ulicę, zatrzymał się i… zawrócił. I tak mi jakoś wszystko, co mogło, to opadło.
Dzwoniłem do biura, wyjaśniam sprawę, mają oddzwonić. Czekam kilkanaście minut i dzwonię. I nic. I tak za każdym razem. Do końca dnia nikt nie odebrał.
Przez moment nawet chcieliśmy nawet sami te rzeczy zawieźć, ale trzeba by było wyjąć fotelik Smoczyńskiego, a ten odpina się bardzo topornie. Załadować rzeczy dalibyśmy radę, ale Połówka musiałaby jechać sama, bo ktoś musi zostać z dzieckiem (i tym kimś jest ktoś, kto jeszcze nie ma prawka). Nie wyobrażam sobie, aby osobę z fizycznym uszkodzeniem kręgosłupa zmuszać do wyciągania sprzętów z auta i targania ich do sklepu charytatywnego. Bo oczywiście nie wierzę, że z takim podejściem, jakie zaprezentowali, ktoś w ogóle próbowałby pomóc. Chcesz zrobić dobry uczynek to się męcz.
Lodówka i zamrażalnik trafiły przed dom z karteczką “za darmo”. Obwieściłem w internecie, że fanty za darmo i jak ktoś się zgłasza to daję adres. Niech jadą, niech biorą. Niech się komuś przyda zamiast wylądować na śmietniku.
EDIT 27/02/19: Sprzęty znalazły nowy dom kilkanaście godzin po tym, jak wrzuciłem ogłoszenia. Można? Można! Niech im dobrze służą.
Alawar Premium i Warm Lamp Games to dwa studia, które mogę spokojnie oskarżyć o popełnienie tak dobrej gry, jaką jest Beholder 2. Premiera miała miejsce w grudniu 2018, aczkolwiek ten tytuł podbił moje serce już wcześniej, kiedy to w swe ramiona wzięła mnie beta gry i opanowała całkowicie mój umysł!
Naszą postacią jest Evan Redgrove – syn ważnego i szanowanego ministra w totalitarnym państwie. Przybywamy do miasta Helmer, gdzie zostaliśmy zatrudnieni jako urzędnik w olbrzymim, biurokratycznym molochu o dziesiątkach pięter i setkach korytarzy. Nasze przybycie nie jest jednak przypadkowe – nasz ojciec zginął wypadając z okna najwyższego piętra, a jego śmierć jest początkiem zaskakującej przygody poprzez biura i awanse w stronę posady premiera kraju.
Pośród zdawałoby się zwykłych zadań (chociaż programowanie klonów nie jest zwykłą rzeczą) musimy rozwikłać zagadkę stojącą za śmiercią naszego ojca. Robimy to poprzez wspinanie się na coraz wyższe stanowiska eliminując przy okazji – pokojowo lub nie – innych kandydatów. Poza tym możemy dać się wciągnąć w serie mini zadań, które przybliżą nas do naszych współpracowników. Nasze wybory mogą pomóc im wykaraskać się z problemów, wpaść w nie jeszcze głębiej, a nawet doprowadzić do czyjejś śmierci.
Gra daje nam też szansę poczuć się jak trybik w wielkiej, totalitarnej maszynie. Mamy szansę przyjmować wnioski od petentów, analizować je, odrzucać, a na sam koniec Ministerstwo daje nam możliwość programowania klonów Carla – idealnego obywatela – aby spełniały swoje role w społeczeństwie.
Chociaż Beholder 2 wydaje się prosty, to jednak chwilę zajęło mi nim winda zabrała mnie na sam szczyt budynku. A kiedy się na nim znalazłem, dowiedziałem się o wszystkim: o Wielkim Wodzu, o swoim ojcu, o mrocznym projekcie, którego nieświadomie stałem się częścią. I na sam koniec – jak zawsze – musiałem dokonać wyboru, gdzie tylko jedna opcja przewidywała szczęście dla wszystkich.
Powrót do tego tytułu to było wręcz moje marzenie, które twórcy spełnili. Druga część ani trochę nie odstaje od pierwszej i jest świetną kontynuacją przygody po totalitarnym świecie. Kłaniam się jeszcze raz w stronę twórców za ich wspaniały talent do stworzenia arcydzieła umieszczonego pomiędzy grą a powieścią.
Wszystkim serdecznie i z całego serca polecam ten tytuł, a fanom sugeruję zakupienie tej pozycji jako obowiązkowej!
Aż do samego porodu zastanawialiśmy się w jaki sposób będziemy wiedzieć, że to już. Położna za każdym razem mówiła, że po prostu będziemy wiedzieć, ale ciężko tak po prostu ufać na słowo. Aczkolwiek, jak się okazało, miała rację.
Tylko dzieci wiedzą, kiedy nadejdzie ta chwila!
Ostatni miesiąc ciąży to były okropne upały. Dlatego też byliśmy wyczuleni na wszelkie znaki. Ma to istotne znaczenie, ponieważ gdyby odeszły wody (co niekoniecznie wiąże się z rozpoczęciem porodu) musielibyśmu udać się do szpitala ze względu na sporą szansę nabycia infekcji bakteryjnej.
Z tego też tytułu odwiedzaliśmy często położną, która mówiła nam na co uważać. Zostaliśmy też skierowani do szpitala, gdzie upewniono się, że wody jeszcze nie odeszły i wykonano masaż szyjki macicy. Najlepszym opisem tego zabiegu, jakie udało nam się wymyślić, jest łaskotanie, które cholernie boli. Aczkolwiek dobrze wykonany masaż skutkuje porodem w przeciągu 48 godzin. I tak stało się u nas.
Jeżeli liczycie na jakieś emocje, wybuchy, lanie się wody strumieniami to muszę was zmartwić: nie ma takowych. Chociaż u nas cały proces trwał relatywnie krótko w stosunku do tego, czego kazano nam się spodziewać, był on dość spokojny i stopniowy.
Zaczęło się od lekkich bóli przypominających te okresowe. Chociaż przez niemal cały trzeci trymestr pojawiały się podobne bóle (tzw. bóle przepowiadające), które jedynie ćwiczą organizm do debiutu w dniu porodu, to te dało się rozponać. Padło magiczne “to już”. Stopniowo bóle rosły w sile, stawały się coraz bardziej regularne i utrudniały mowę. Zadzwoniliśmy do szpitala, aby poinformować ich o tym i musieliśmy się uprzeć, aby przyjść, bo kazano nam przyjechać nad ranem. Gdybyśmy to zrobili, to prawdopodobnie poród odbyłby się w domu albo w samochodzie w drodze do szpitala.
W sumie dobrze, że zaczęło się to w nocy, bo ulice były puste i można było powoli jechać samochodem bez narażania się na zbyteczny stres.
O czwartej nad ranem (czyli dwie godziny po pierwszych skurczach) zawitaliśmy na porodówce. Przyjęto nas do małej, ale chłodnej salki (o niebiosa, jaka to była ulga!). Położna po około pół godziny przyszła sprawdzić rozwarcie (czyli rozszerzenie szyjki macicy, która do porodu potrzebowała rozszerzyć się do około 10 centrymetrów). Kobieta, podejrzewając, że nadmiernie panikujemy, bo oboje byliśmy bardzo spokojni (ależ to dziwnie brzmi), nie śpieszyła się. Jednak kiedy dokonała oględzin, poinformowała nas, że jesteśmy w połowie drogi (czyli było ok. 5 centrymetrów). W pośpiechu zaczęło organizować salę z basenem do porodu.
My w tymczasie przechodziliśmy horror, bowiem, jak się okazało, czekanie na to magiczne 10 centymetrów, było najgorszą częścią porodu. Pojawiły się mdłości, biegunka – normalny aspekt porodu, ponieważ organizm się oczyszcza. Próbowaliśmy podtlenku azotu, ale trochę za późno został podany i najlepszy efekt dało zamknięcie się w toalecie i uwieszeniu na poręczy dla niepełnosprawnych. W końcu od mniej więcej pasa w dół ciało trawił okropny ból, więc przeniesienie ciężaru na ręce było kojące.
W pewnym momencie zjawiła się też panika. “Ja nie dam rady, chcę cesarkę!” To jest najnormalniejsza rzecz i oznacza, że niedługo zacznie się akcja właściwa. Ba, są kobiety, które stwierdzają, że nie chcą i próbują iść do domu w takim stanie…
Około siódmej pojawiła się potrzeba parcia, co oznaczało, że byliśmy coraz bliżej celu! Chwilę po tym zabrano nas na salę. Czekając na wypełniającą się wodą wannę doszło do odejścia wód płodowych (które zauważyliśmy tylko dlatego, że położna wskazała mokrą plamę na podłodze). Jak tylko wanna była gotowa, położna i jej studentka na praktykach zaczęły nas instruować, jak przeć. Generalnie ciągały nas po całej sali i kazały przeć w różnych pozycjach, bo trochę nam to nie wychodziło. Najlepiej poszło nam w toalecie, bo tam widać już było lekko łysawy łeb naszego małego potwora. Powiem wam, że to najdziwniejsza i najbardziej niesamowita rzecz dotknąć głowę jeszcze nienarodzonego, ale już rodzonego dziecka. Oboje poczuliśmy ten niesamowity przyływ energii! Potem trafiliśmy na łóżko i wspólnymi siłamy parliśmy. Rada dla panów: nie przyjcie z waszymi partnerkami, bo jedyne, co wam się uda wyprzeć to przepuklinę. Aczkolwiek każdemu życzę tak inspirującej położnej. 🙂
Najciekawsze jest to, że przez cały czas byliśmy spokojni, co jest istotne przy porodzie, ponieważ stres prowadzi do komplikacji. Ważne jest też to, aby położna była pomocna i “nie dolewała oliwy do ognia”, a panowie powinni upewniać się, że parterka czuje się komfortowo i bezpiecznie. Silny uścisk i wspieranie jest jak najbardziej wskazane.
Przez cały poród położna kontroluje bicie serca dziecka (co około 5 minut), bo jeśli bicie serca zacznie zanikać, organizuje się pośpiesznie cesarkę, aby ratować dziecko. U nas co chwile rozbrzmiewał dzwon smoczego serca, co było bardzo kojące, bo chociaż poród to najbardziej stresujące przeżycie dla dziecka, to jednak nasz berbeć dawał radę.
W końcu nadeszła ta chwila, kiedy wyszedł łeb, a za nim reszta ciała. Od momentu wyjścia głowy do wyciągnięcia dziecka nie minęła nawet minuta. Nasz trud był owocny, a ten owoc rozdarł się w pierwszym oddechu zanim trafił z powrotem do nas. Chociaż Bristol nie odwiedzają burze, to wtedy grzmiało jak nigdy. Pierwszy raz doświadczyłem takich grzmotów i błysków! Ale w końcu i niebo musiało o tym krzyczeć, że urodził się Smok!
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mój budzik ustawiony na rano rozdarł się w sali i po dwóch minutach wyłonił się zaspany Smoczyński. Bawi nas to do dziś. 😉 Może jakbyśmy zaczęli od tego, to by to poszło trochę szybciej…
Czerwioniutki, zapłakany, z wyłupiastymi oczyma… Smoczyński jednak był dla nas cudowny na swój sposób. Nawet z podłużną głową, opuchnięty od wód płodowych… W ciągu doby większość tych rzeczy zniknęła i wyglądał jak to nasze wymarzone maleństwo.
Na koniec “urodziło się” łożysko mające wilekość około 1/3 dziecka. Gdzie to wszystko się pomieściło? Chociaż i tu zgodzę się z położną, że kiedy urodzi się dziecko to tylko położne interesują się tym, aby wyszło łożysko. Ma to znaczenie dlatego, że jeśli jakaś część zostanie, może dość do komplikacji (np. infekcji).
Poród okazał się mniej bolesny niż czekanie na pełne rozwarcie. Do tego stopnia, że kiedy Smoczyński wyskoczył na świat, doszło do lekkiego rozerwania skóry i mięśni. Głównie dlatego, że berbeć postanowił urodzić się ssąc kciuka (wyluzowany ten nasz syn)… Swoją drogą to był jedyny raz, kiedy ssał kciuka. Potem już nie miał takiej potrzeby. Ludzkie ciało jest pod tym względem niesamowite. Szycie też nie było specjalnie bolesne i poszło na tyle szybko i sprawnie, że nasza rodzinka szybko była w komplecie.
Smoczyński zaraz po porodzie wciągnął dwie buteleczki mleczka (gdzie podobnież dzieci nie mają aż takiego apetytu) i poszedł spać. Zważając na fakt, że połówka też ma wilczy (smoczy) apetyt, to się w sumie nie dziwię.
Dopiero wtedy doszło do mnie, że w salach obok darły się kobiety tak strasznie, że dziwiłem się temu, jak spokojnie u nas to przyszło. Z drugiej strony jednak się cieszę, bo stres prowadzi do zbędnych komplikacji, a tak na świat przyszło zdrowe dziecko! (Połówka w tym momencie ryczy ze śmiechu, ale o tym kiedy indziej) Byliśmy tak spokojni, że przepraszaliśmy położne chyba za wszystko: że nie umiemy, że chciała sprawdzić, czy smocze serce bije, a tutaj skurcze… Później dowiedzieliśmy się, że tak spokojnych ludzi to jeszcze nie widziały! 🙂
Aczkolwiek udało nam się! Zostaliśmy rodzicami! Jeszcze tylko było czekać nam na wypis ze szpitala i mogliśmy zacząć naszą przygodę w warunkach domowych!
To chyba ostatni wpis z tej mini-serii, która pozwala mi oderwać się czasem od wiru przeprowadzki i wrócić tutaj na bloga. Chyba, bo być może już jutro zaczną wracać normalne notki (o ile można je takimi nazwać :P). Komputer już poskładany – tylko prądu mi trzeba! (bo nie ma gniazdka i trzeba kabel ciągnąć)
Przeprowadzka idzie nam błyskawicznie dzięki pomocy mojej matki. Nie dlatego, że ona dużo robi, ale dlatego, że my biegamy jak mróweczki, aby ona czegoś NIE ZROBIŁA. Dosłownie taki mentalny bicz na nas. Moja matka, niestety, pcha się wszędzie tam, gdzie nie powinna (próbuje mi układać rzeczy w nowym mieszkaniu, próbuje wyrzucać niepotrzebne rzeczy w popednim, a niepotrzebne wg. niej są zabawki Smoczyńskiego). Na szczęście upchnęliśmy ją tam, gdzie nie zrobi szkód, a ona będzie się czuła potrzebna, więc na razie jest spokój. 🙂
Doceniam to, że mimo wszystko stara się nie włazić nam pod nogi i nawet zrezygnowała z perfum, bo wszyscy dzielimy alergię na tenże wynalazek – oczywiście w różnym stopniu. Razem z Połówką nie pokazujemy tego tak po sobie, ale jak Smoczyński zaczął ostentacyjnie kichać, kaszleć, prychać i uciekać od swojej babci to już nie było odwrotu. 😀
Co do przeprowadzki to mamy już sporo rzeczy przewiezione, trochę mebli kupionych, Smoczyński ma swój park rozrywki, po którym biega jak opętany (składa się póki co z ogrodzenia oraz tego i tego). Oczywiście nasz mały pędrak próbuje włazić do namiotu przez najmniejszą możliwą dziurę…
Swoją drogą to on dostał tyle zabawek ostatnio, że już sam nie wie, czym ma się bawić. Pfff, amator! 😀
Ostatnio też byliśmy po jedzenie na wynos w chińskiej knajpie i zamówiliśmy w sumie 6 porcji z czego 3 były bardzo duże. Kobieta z przerażeniem pytała, czy na pewno tyle chcemy, bo to porcja dla 5 osób (a nas 3 plus Smoczyński). Poczuliśmy się niedocenieni. 😛
Czeka nas jeszcze trochę pracy, ale zbliżamy się do końca. W końcu! Nie lubię przeprowadzek, a w szczególności takich wymuszonych. Ale to jest już raczej ostatnia przeprowadzka w tym kraju. 😉
Mam nadzieję, że wszystko pójdzie sprawnie i za około dwa tygodnie pożegnamy ten wyczerpujący etap życia na dobre!
Tak, ta notka to znak, że wciąż przechodzimy armagedon i nie jestem w stanie wrócić do tak bardzo pożądanej przeze mnie “normalności”. Przede wszystkim nie mam normalnego dostępu do mojego komputera, więc notki wiszą sobie nieskończone, bo wszystkie zdjęcia, czy screenshoty utknęły poza moim zasięgiem. Mam pod ręką jedynie laptopa, a tam jedyne, co jest mojego, to konto na steamie i dostęp do bloga. 😀
Stwierdziłem sobie, że skoro nie mogę egzystować normalnie, to będę egzystować najlepiej jak umiem przy obecnej sytuacji. Czyli z notek informacyjnych zrobiła się mini seria odnośnie obecnej przeprowadzki, chorowania i typowej dawki gier. 😛
Zacznijmy od kwestii zdrowotnych: Smoczyński miał szkarlatynę, a nie ospę. Dlatego w szspitalu nie działały paracetamole, czy ibuprofeny, a dziecko odżyło po antybiotyku (w domu podobny efekt mieliśmy przy magicznym kebabie).
Niestety wciąż jest z nami kiepsko. Byliśmy u lekarza i werdykt: przyjść za tydzień, łykać paracetamol. Szkoda tylko, że ile lat tu mieszkam, tyle lat próbuję (nieskutecznie) poinformować ich, że paracetamol powoduje u mnie wymioty. I za każdym razem patrzy na mnie (ten sam lekarz), jakbym mu babcię obraził. Bo ich uniwersalny lek na wszystko nie działa w moim przypadku.
Do lekarza będziemy szli niedługo. Niestety…
Przeprowadzka przebiega nam świetnie. Połówka przewiozła taki materac w aucie, w którym bagażnik jest wielkości przeciętnej torby sportowej, a jedno siedzenie z tyłu jest zajęte przez dziecięcy fotelik, którego nie potrafimy zdjąć. 😀 Ja wiem, że materac był zwinięty, ale to i tak przednio wyglądało, kiedy rozwijał się już w momencie wyciągania i wyglądało to tak, jakby zmieścił się tam niezwinięty. 😀
Wszystko idzie nam jednak jak krew z nosa, ponieważ musimy pomalować ściany, a to jest masakra w wypadku dwóch chorych stworzeń. Póki co sypialnia jest gotowa i tam urzędujemy, ale mieliśmy trochę przebojów. Np. mieliśmy zrobić biały pasek na górze ściany, ale się nie da, bo wychodzi szlaczek – wspaniałe, równe ściany… Jakby tego było mało to Smoczyński już polizał ścianę. W końcu nowy dom, nowy smak… 😛 Dywan też w sumie spróbował, a mamy nowiutki, świeżo położony…
Chociaż jesteśmy skupieni na kwestiach zdrowotno-przeprowadzkowych to jednak udało mi się naciągnąć Połówkę na grę Watch Dogs 2 z dodatkami i dodatki do Watch Dogs. A Połówka za to naciągnęła mnie na wiertarkę. Zdecydowanie jesteśmy dziwni w kwestii robienia sobie prezentów. 😛
Liczę, że w przyszłym tygodniu skończymy malować i przenosić rzeczy, a potem pójdzie już z górki. Co jak co, ale zaczynam tęsknić za moim kartoflem z Dragon Age Inquisition… 😛
Trzymajcie kciuki, aby to wszystko poszło sprawnie, bo chciałbym jednak tą naszą “normalność”!