Author name: mefistowy

#200. Azjatyckie Łakocie cz.8

Buszując między półkami w supermarkecie można natrafić na prawdziwe perełki, jeśli chodzi o słodycze. W ten sposób dorwaliśmy się do musującego proszku w różnych smakach (Cola, Jagoda, Truskawka, Brzoskwinia, Melon, Arbuz, Jabłko i inne, których nie próbowaliśmy) i są one zaskakująco smaczne. No i to strzelanie w ustach…!

 

Chociaż traktuję to bardziej jak przekąskę do słodyczy, bo ciężko jest tym zaspokoić cukrowy głód (aczkolwiek nie bronię Wam sprawdzać). Na pewno jednak każdy fan oranżady w proszku się w tym zasmakuje. 🙂

Mefisto

#200. Azjatyckie Łakocie cz.8 Read More »

#199. Kącik Techniczny nr 9

Będąc graczem i rodzicem jednocześnie muszę godzić ważną rzecz jaką jest spokój mojego dziecka podczas snu z równie ważną rzeczą jaką są gry. 😉 Mój domyślny zestaw okazał się na tyle głośny, aby budzić potworka ilekroć nawalam w przyciski jak gdyby od tego zależało moje życie. Wraz z Połówką odbyliśmy podróż po odmętach internetu, aby odnaleźć coś, co wprowadzi równowagę pomiędzy te dwa odmienne żywioły.

Po odbyciu tej podróży mogę powiedzieć, że jest tego od  cholery (jeśli Was to ciekawi to zapraszam do tego artykułu). Nie dziwi mnie to, bowiem każdy typ klawiatury może być wykorzystywany do e-sportu i to nie do różnych gier, ale do różnych map w danej grze (np. w Counter Strike), gdzie rodzaj, czy siła nacisku mają bardzo duże znaczenie. Oczywiście muszę wspomnieć, że sukces nie zależy od samej klawiatury, a od tego jak dobrze ją sobie dobierzemy do naszych potrzeb.

Mnie nie interesuje e-kariera, więc zdecydowałem się na Cherry MX Red. Liczę, że rzeczywiście jest to na tyle cichy rodzaj przycisków, które zniosą moje “energiczne nawalanie” bez potrzeby budzenia przy tym dziecka. Czas pokaże, czy dobrze wybrałem. 😉

Mefisto

#199. Kącik Techniczny nr 9 Read More »

#198. Divinity: Original Sin

Screenshot at 2018-03-07 23-07-23

Nadszedł czas, aby powrócić do Rivellonu i ponownie zmierzyć się z czyhającymi na mnie przygodami. Divnity: Original Sin to kolejna gra od studia Larian, która zabiera nas w niesamowicie ciekawą podróż.

Całkiem przypadkiem też fabuła dzieje się po wydarzeniach w Divinity: Dragon Commander.

Jesteśmy Łowcami Źródła (Source Hunters – najprościej można to określić łowcami nielegalnej magii), których zadaniem jest zweryfikować podejrzane okoliczności śmierci Radnego Jake’a. Z tego też tytułu lądujemy w przedziwnym miejscu o nazwie Cyseal, gdzie z każdej strony otaczają je hordy nieumarłych, a wraz z naszym przybyciem Orkowie podejmują się szturmu na bramy miasta. Mimo tego mieszkańcy wiodą spokojny i wręcz przyjemny żywot, bo cóż się przejmować, skoro wojsko trzyma chodzące trupy w ryzach? Przynajmniej póki co…

Screenshot at 2018-03-07 23-04-46

Wracając jednak do naszych postaci: mamy ich aż dwie (a później wedle uznania możemy dołączyć jeszcze dwie dodatkowe postaci) i możemy dowolnie wybrać im płeć, klasę oraz niektóre cechy wyglądu. Chcąc zachować balans między zadawaniem, a otrzymywaniem obrażeń, stworzyłem Kleryka i Rycerza, których nazwałem kolejno Meffy i Mefciu. Generalnie to wyszło tak, że Meffy bił się z przeciwnikami rzucając zaklęcia z różdżki, a Mefciu lazł pół godziny do przeciwnika, bo ślizgał się na wszystkim… Czyli standardowy standard w moim wykonaniu.

Postanowiłem, aby moje postaci były trochę ze sobą skłócone i jedna była typowo miła, a druga niekoniecznie. Gra, co zabawne, daje nam taką możliwość, więc kłóciłem się ze sobą do woli.

Screenshot at 2018-03-07 23-11-32

Nasi bohaterowie wylądowali w Cyseal i szybko poznali swoją główną nemesis w tej grze: tajemniczą kobietę, którą Niepokalani (Immaculates) nazywają Pośredniczką (Conduit) Bogini. Jej i jej towarzyszom udaje się uciec zostawiając nas w objęciach szkieletów, z którymi toczymy pierwszą walkę.

Screenshot at 2018-03-07 23-46-43

Walki odbywają się na zasadzie turowej, gdzie do wykorzystania mamy określoną ilość Punktów Akcji. Jeżeli nie wykonamy żadnych czynności i pominiemy turę postaci, to punkty te przejdą na kolejną kolejkę. Dodatkowo nie mamy limitu czasowego dzięki czemu można spokojnie pójść zrobić sobie herbatę w międzyczasie, czy ugotować obiad. Przyznam szczerze, że zdarzały się bitwy z wieloma przeciwnikami, gdzie, nim nadeszła moja kolej, udało mi się napisać notkę na bloga…

Po stoczonej walce mamy wybór: wejść do jaskini i przejść tutorial albo kontynuować podróż do miasteczka.

Po drodze spotkamy pijanych strażników (no bo co innego robić w tak idylicznym miejscu jak pić bezmiaru?), orków przypuszczających sztorm oraz jedną z misji pobocznych: gaszenie płonącego statku. Zwiedzając Cyseal można takich dodatkowych zadań zebrać trochę. I jest to absolutnie zrozumiałe, bowiem nasza podróż będzie wymagać od nas dobrze rozwiniętej postaci. Aczkolwiek trzeba wziąć pod uwagę fakt, że niektórych misji nie można wykonać przed innymi, ponieważ można stracić możliwość ich ukończenia (np. jedno zadanie będzie wymagało zabicia kogoś, kto dał nam inne zadanie).

Screenshot at 2018-03-08 00-03-50

Jakkolwiek postąpimy, w końcu trzeba wziąć się za wątek główny, który wymaga od nas zbadania tajemniczych okoliczności śmierci Jake’a. Przy bramie miasta spotkaliśmy kota-maga albo maga-kota Arhu, czyli naszego “zleceniodawcę”. Daje on nam wskazówki co robić dalej i z kim porozmawiać, aby zbadać miejsce zbrodni. Kiedy docieramy na miejce zdarzenia, znajdujemy niebieski kamień o uroczej nazwie Gwiezdny Kamień. W pomieszczeniu rozlega się w błsyk, ten uderza w nas, a my lądujemy poza czasem. Serio!

Screenshot at 2018-03-08 15-36-46

Tam spotykamy impa Zixzax’a (którego – jeśli mnie pamięć nie myli – można też spotkać w grze Divinity II narzekającego na bohatera innych gier z serii Divinity), a ten z niekrytym podeskcytowaniem oznajmia nam, że wraz z naszym przybyciem ukatywnił się portal, który zabiera nas na Koniec Czasu (End of Time), gdzie spotykamy kobietę imieniem Tkacz Czasu (Weaver of Time). Informuje nas, że nasze przedziwne oddziaływanie na gwiezdny kamień naprawiło część rozerwanego Gobelinu Czasu (Tapestry of Time). W tym momencie zaczyna się nasza prawdziwa misja z krążącym w tle Smokiem Pustki (Void Dragon), czyhającym na to, aby zniszczyć wszystko, co nam znane. Naszym nowym celem, choć nieśpiesznie akceptowanym i rozumianym przez nasze postaci, jest zbieranie gwiezdnych kamieni.

Wracamy do Cyseal, aby spotkać Arhu (jakim cudem on nas znalazł?), który zdradza nam, że jest agentem Zixzax’a. Wracamy jednak do naszego zadania, gdzie szukamy winnego morderstwa Jake’a. Prowadzi nas to do kilku podejrzanych osób i jednego Krwawego Kamienia, będącego niczym innym jak gwiezdnym kamieniem nasączonym krwią. Kolejny kamień odblokowuje portale na krańcu czasu, a te zabierają nas do przeróżnych pomieszczeń w naszym Domostwie (Homestead). Jednym z takich pomieszczeń jest Komnata Bohaterów, gdzie trafiają nasze drugorzędne postacie, kiedy zrezygnujemy (tymczasowo) z ich pomocy. Innym są sypialnie naszych głównych postaci (gdzie każda z postaci jest w stanie określić, który z pokoi należy do nich, ale każdy z nich upiera się, że nigdy tam nie był).

Wraz z rozwojem fabuły, jesteśmy ciągani po różnych lokacjach, dowiadując się ile związku ma Przewodniczka spotkana na początku gry z gwiezdnymi kamieniami i rytuałem zamieniania ich w krwawe kamienie. Gdziekolwiek się udamy, wszędzie da się odczuć dotyk Przewodniczki, Niepokalanych i ich wspólnej, złowieszczej działalności, która ma na celu “oczyszczenie świata”. Domyślni połączyli pewnie ten motyw ze Smokiem Pustki.

Zbieranie gwiezdnych kamieni odkrywa też przed nami naszą prawdziwą tożsamość, nasz związek z boginią Astarte i uwolnieniem Smoka Pustki, a nawet to, co łączyło kiedyś nasze postaci!

Screenshot at 2018-03-10 21-34-24

Cóż, chciałbym napisać wiele o samej fabule tej gry, ale, po pierwsze, nie chcę napisać za dużo i, po drugie, nie jestem w stanie ująć rozbudowanych wątków w grze w kilku zdaniach. Chociaż Divinity: Original Sin nie sprawia takiego wrażenia, to jest to bardzo zaawansowana historia. Gra zawiera też żarty typowe dla studia Larian (jak chociażby sławny Bellegar mówiący rymami nawiązujący do gry Dragon Commander).

Rozwój postaci też jest niczego sobie, bo poza atrybutami i umiejętnościami, mamy jeszcze talenty zapewniające dodatkowe bonusy (jak np. zdolność rozmawiania ze zwierzętami, co umożliwia pozyskanie kilku dodatkowych zadań pobocznych, a także wskazówki od biegających obok szczurów). Najgorszym talentem jest jednak zombie. Wybrałem go, bo oferował leczenie postaci w przypadku otrucia. Super! Szkoda tylko, że nikt nie dodał, że zwykłe leczenie będzie ranić postać! Jahan, czyli mag, którego oddelegowałem do uzdrawiania mojej drużyny (bo Meffy był zajęty), dostawał granatem z trucizną w łeb w ramach rekonwalescencji po pojedynku.

Screenshot at 2018-03-15 21-33-32

Nasze postacie lubią ze sobą od czasu do czasu pokonwersować, przez co mamy możliwość tworzenia ich osobowości (mi udało się zrobić jedną postać romantyczną, drugą niekoniecznie). To dosyć ciekawa rzecz, bowiem mało która gra pozwoli ci pokłócić się z samym sobą… Chociaż nie powiem, że nie korciło mnie czasem, aby strzelić tą drugą postać po łbie.

Gra oferuje też możliwość gry z innym użytkownikiem zarówno poprzez usługę Steam lub podłączając do komputera pada. Osobiście nie próbowałem, ale to dosyć zachęcająca rzecz dla kogoś, kto nie lubi sam grać!

Również ścieżka dźwiękowa jest niczego sobie, pozwalając nam na delektowanie się rozgrywką w stu procentach!

Podsumowując, Divinity Original Sin jest pozycją zdecydowanie wartą zagrania. Chociaż niektóre walki były nużące to jednak fabuła i konstrukcja tej zadziwiającej gry nadrabiały godziny oczekiwań, aby stłuc wroga na kwaśne jabłko. Albo po raz setny wywrócić się na lodzie! (nawet nie macie pojęcia, ile nowych przekleństw stworzyłem tylko z tego powodu – za sto lat magowie będą z tego sklecać zaklęcia bojowe)

Nie pozostaje nic innego, jak wyruszyć w kierunku dalszych przygód serwowanych przez studio Larian i zanurzyć się w kolejnej opowieści, która – jak zawsze – zabierze mnie do niesamowitego świata pełnego wyzwań!

Screenshot at 2018-04-05 22-29-41

Mefisto

#198. Divinity: Original Sin Read More »

#197. Bez tytułu

Zabawne, że w tym miesiącu wypadła mi raptem jedna notka więcej niż normalnie, a przy moim obecnym zaangażowaniu odczułem to jak dodatkowe dwadzieścia notek… Dobrze, że poniedziałek wolny to sobie odpocznę! *w tle słychać złowieszczy śmiech Smoczyńskiego*

Skoro już przy nim jesteśmy to zacznijmy od Smoczyńskiego. Ten to miał ostatnio wesoło. Zabraliśmy go na grupy, gdzie organizuje się zabawy dla takich wypierdków jak on. No mało nie zwariował ze szczęścia! Mógł polatać swobodnie, powpadać na dzieci, przybiec do nas, kiedy potrzebował, schować się w kącie, aby pociumkać cokolwiek tam znalazł. No raj! Jeszcze próbował wziąć sobie mniejsze od niego dziecko na pamiątkę… Na razie byliśmy tam dwa razy, ale widać u niego sporo radości i chęci, więc będziemy chodzić w miarę regularnie. 🙂

Wziąłem sobie pół dnia wolnego na każdy dzień, kiedy te sesje wypadają, aby pomóc Połówce, bo by się w pół złamała biegając za nim. Jednak z niego dziecko destrukcji jest! (nabił sobie guza i zdążył go dwa razy poprawić – ma to po mnie jak nic!)

Co do jego paszportu to mnie szlag powoli trafia, bo dostaliśmy odpowiedź z prośbą o wysłanie wszystkiego, co szanowne HMRC ma na nasz temat. Nazywa się to Subject Access Request i zajmuje do 28 dni (lub dwa miesiące w zależności od ilości wysłanych przez Ciebie żądań lub ilości dokumentów w ich systemie). Nam na szczęście zajęło niecałe dwa tygodnie i dokumenty pójdą do nich z modlitwą na ustach, aby to było wszystko, co jest im do szczęścia potrzebne.

Popytałem się w sprawie studiów i jestem zdecydowany, że pójdę na matematykę i najpewniej programowanie. Od czerwca będzie się można zarejestrować, więc odliczam dni do otwarcia rejestru. Na razie czeka mnie tylko licencjat, a potem pomyśli się o magisterce. 😉 Więcej szczegółów będę znał w przyszłym miesiącu.

Połówka kupiła sobie nowy komputer i miała dylemat między wyborem obudowy, więc zgodziłem się kupić drugą, jeśli będę mógł jedną (“przegraną”) zatrzymać. Akurat jest mi to na rękę, bo chciałem zmienić na coś trochę bezpieczniejszego dla karty graficznej. Nie to, że planuję znowu jeździć z komputerem z miasta do miasta, ale planuję wymienić kartę na jeszcze bardziej byczą i fajnie by było, jakby dało się ją stabilnie zamocować. 😀

Zostałem więc szczęśliwym posiadaczem obudowy Dark Base 700 firmy be quiet. Zatem niedługo biorę się za przenoszenie kompontentów. 😀 Przy okazji zamontuję dysk m2 i zainstaluję sobie w końcu nowszą wersję systemu.

Połówka przekazała mi kody do gier, które dostała w ramach prezentu do nowego procesora i zostałem posiadaczem Just Cause 4. Zabawne, że kiedy składałem swój komputer to dostałem Just Cause 3. Zgaduję, że przy następnym składaniu komputera będzie Just Cause 5? 😀

No i odkryliśmy, że mój stary zasilacz, który niby się spalił, jednak działa. Pewnie po prostu potrzebował odpoczynku… 😉

Co do gier to ostatnio jest bardzo Star Warsowo – głównie dzięki ostatnim promocjom. Kupiłem takie gry jak Star Wars The Force Unleashed i jej kontynuację, Knights of The Old Republic wraz z drugą częścią – te dwie gry są dla mnie szczególne, bo są wspomniane w Star Wars The Old Republic, którą namiętnie opisuję na blogu. Mam też LEGO Star Wars The Complete Saga, co jest po prostu genialne i Star Wars Jedi Knight: Jedi Academy i Star Wars Jedi Knight II: Jedi Outcast.

Udało mi się też dorwać Graveyard Keeper, które strasznie skojarzyło mi się ze Stardew Valley tylko w czasach średniowiecznych. Tylko tam nie było strajkującego osła. Targował się kiedyś z osłem, aby oddał trupy? Nie? A w Graveyard Keeper nawet trzeba… 😀

W tym samym momencie męczę Sekiro (albo to Sekiro męczy mnie), ale muszę się pochwalić: zabiłem byka (bossa), którego zabić nie mogłem, bo jego szacowny tyłek zasłaniał mi większość ekranu. Nie wiem, czy to kwestia przerwy, jaką sobie zrobiłem, czy jakiejś aktualizacji, że jego tyłek przestał zasłaniać widok, ale, o bogowie, udało się! 😀 Mogę iść dalej! Może nawet kiedyś ukończę tą grę!

W kwestii wyglądu bloga to co chwilę coś zmieniam (a przynajmniej się staram). Zamierzam zrobić zakładkę na opowiadania, gdzie trafią przygody Japesia, a także i inne opowiastki, które kiedyś popełniłem. 😛 Nie wszystko będę wrzucał tu na bloga, bo byłoby tego za dużo (Japeś może czuć się wyróżniony!), ale na pewno będą linki do miejsc, gdzie można to znaleźć.

Wszystkie inne “projekty” stoją, bo ostatnio mam mało ochoty na cokolwiek, a jeszcze tablet zasypałem papierami i musiałbym posprzątać, aby go wyjąć, więc zrobiłem sobie urlop, aż do posprzątania. 😀 Czyli pewnie za kilka dni wrócę do normalności, bo mnie zaczyna ten bajzel wkurzać. 😛

Aby nie przedłużać, skończę ten wpis miłym akcentem w postaci zdjęcia rozwalanych klocków. Kiedy zacząłem robić zdjęcie to Smoczyńskiego nie było w pobliżu i tak się po prostu zmaterializował, aby siać zniszczenie. 😀

IMG_20190506_171454

Mefisto

#197. Bez tytułu Read More »

#196. Trzecie urodziny bloga

Szczerze mówiąc to jestem zdziwiony i pisanie tej notki idzie mi bardzo opornie. Wszystko przez to, że każdy inny blog dotrwał góra dwóch lat, więc takie trzecie urodziny to dla mnie zupełna nowość. I to jest po prostu takie “wow”, że to nie umarło, ale nabiera obrotów, nie toczy się, a idzie, rozpędza. Mam nadzieję, że na końcu nie walnie w ścianę, bo trochę by bolało…

Zamierzam zrobić z tego tradycję tego bloga, więc standardowym standardem wysyłam Was do pierwszej notki, jaka pojawiła się na blogu oraz pierwszym i drugim urodzinowym wpisie. Trochę z sentymentu dla minionych lat, a trochę dlatego, że chciałbym za kilka lat zobaczyć taki niesamowicie długi wężyk notek… 😀

Z drugiej strony fajnie czasem samemu wrócić do tego, co minęło. Czas zdaje się szybko lecieć i nim człowiek zauważy jest już kilka lat starszy, dojrzalszy (no dobra, nie w moim przypadku – ja dalej klej na dowód kupuję!), czasem mądrzejszy… A taki blog staje się portalem do minionych dni, do wspomnień, które mogłyby zniknąć w oparach pośpiechu, zmęczenia, czy problemów. Czysta magia: zamienić słowa w rzeczy wartościowe, w wino dojrzewające z czasem… Nie jest to może najsmaczniejsze wino, bo mnie każda moja literówka i każdy błąd ortograficzny kłuje w oczy, ale grunt, że własnej roboty. 😉

No i jesteście Wy, drodzy czytelnicy (nie wiem czemu, ale chciałem napisać druidzi :P)! Bardzo mi miło, że tyle osób tutaj zawitało, że tyle osób wciąż chce tutaj przychodzić. To jest naprawdę podbudowujące! Mam nadzieję, że po tak długim czytaniu mojego bloga żadne z Was nie będzie potrzebowało terapii! 😀

Podsumuję ten wpis fragmentem pierwszej notki, bo w sumie dobrze oddaje on cel tego bloga:

Skoro już doszedłem tak daleko to napiszę od razu po co mi blog. Otóż mam taką małą potrzebę, a raczej niewielkie pragnienie pisać i dzielić się tym, co lubię. Mam w zamyśle robić recenzję tego, co moje oczy zobaczą, co przeczytam, w co zagram, jakie miejsca odwiedzę i jakie jedzenie zjem. Jednym słowem będę recenzentem życia. Wiem, że ciężko słowami oddać to, co w duszy gra, ale podejmę się tego wyzwania. Po prostu czuję, że to jest to, co chciałbym zrobić. Taki na swój sposób pamiętnik.

W tym roku nie mam urodzinowego ciasta w dziwnym wydaniu, ale mam smakowite rogale z dzikimi jeżynami. Częstujcie się! 🙂

IMG_20160828_175434

Żeby nie było, że pierwsza tak poważna rocznica bloga, a ja tylko zdjęciem rogali świętuje: mam trzy gry w ramach prezentu: Assassin’s Creed Origin, Tom Clancy’s The Division i Monster Prom (byłbym chory, gdybym nie mógł tej gry promować – serio :D). Chętnych proszę o kontakt. :>

Mefisto

#196. Trzecie urodziny bloga Read More »

#195. Monster Prom Camp: Demo

Chyba nie byłbym sobą, gdybym nie dokopał się demo kolejnej porcji przygód z naszymi potworzastyczmi, która rozwinie skrzydła w pełni w październiku 2020.

Workspace 1_2019_05_09_01

W demo Narrator oprowadza nas po możliwościach kolejnej części gry, a ta będzie pokrywać motyw wakacji. Właściwie trzy motywy: obóz, podróż samochodem i ferie zimowe. To jakby 3 gry w cenie jednej!

Skupmy się jednak na demo. Narrator bez owijania w bawełnę sprzedaje nam grę, zachwala jej zalety, pokazuje postacie, które może się pojawią. Oczywiście wszystko w stylu Monster Prom! Multi-Damien mnie zabił po prostu! “Możesz go zatrzymać, jeśli obiecujesz, że będziesz go poił i karmił”. Wystarczy mi, że mnie odrzucił jeden Damien, nie potrzebuję dostać jeszcze kosza od hybrydy!

Dostajemy fragmenty fabuły, nagiego Scotta, oburzonego Billy the Backera, którego wkurza fakt, że męskie postacie mają większą cenzurę niż żeńskie, Momo rujnującą sobie PR mimo starań Narratora i Billiego…

Fakt, liczyłem bardziej na coś w stylu “masz tu pół tuzina nienormalnych sytuacji i baw się”, ale to jest Monster Prom! Tutaj zaskoczenie to nasze drugie imię!

Demo jest milutkie – polecam każdemu! Tutaj macie link do mega wersji (czyli takiej, co zawiera wersje dla Windowsa, Linuxa i Maca).

Nie mogę się doczekać premiery! :>

Mefisto

#195. Monster Prom Camp: Demo Read More »

#194. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.2 – Trudne początki

Japesiowi chwilę zajęło przyzwyczajenie się do nowej formy. Wszak był on bytem astralnym, istniejącym poza wszelkimi ramami, więc umieszczenie go w ciele z krwi i kości było nowym, aczkolwiek dziwnym uczuciem. Nijak potrafił opanować ten zbitek mięsa, jego myśli nie nadawały mu jednolitego kierunku, więc upadał, nogi mu się rozjeżdżały, a ręce uderzały czoło ilekroć chciał po coś sięgnąć. I, o bogowie, ten ból jaki temu towarzyszył!

Jednak Wędrowiec nie poddawał się i dzielnie walczył ze swym śmiertelnym odzieniem, a z dnia na dzień, z godziny na godzinę stawało się ono bardziej posłuszne jego woli. Pradawny Smok obserwował jego postęp, a kiedy młodzieniec nauczył się jakiejś kontroli nad swym nowym ciałem, pomógł mu udać się do miejsca, gdzie miało zacząć się jego jedne prawidziwe, ludzkie życie.

Wszechbyt wprowadził go do skromnie urządzonej kawalerki i przysiadł na podłodze. Jego twarz – teraz psia – zdobiona była przez zwycięski uśmiech. Japeś szedł krok w krok za nim dzierżąc w dłoniach Chochlika-pomagiera ukrytego w postaci psotnego kota. Wszakże który człowiek zniósłby myśl, że jakiś chłopak z sąsiedztwa mieszka w towarzystwie istot z Krańca Czasu?

– I jak ci się podoba? – zapytał Smok swoim potężnym głosem. Wędrowiec rozejrzał się po mieszkaniu. Nie było złe. Dosyć spore jak dla trzech bytów i było nawet udekorowane.

27.04.2019_02-54-04

– Nienajgorsze. – odparł młodzieniec odstawiając Chochlika na podłogę, aby i ten mógł przyjrzeć się nowemu lokum. W końcu stworek do tej pory mieszkał jedynie w torbie Japesia, jako że pojęcie o standardach mieszkaniowych miał zerowe.

– To mój prezent dla ciebie w zamian za tą wpadkę z imieniem. – rzekł Smok z zakłopotaniem. Mały kociak zachichotał po kociemu.

– Więc przyznajesz, że to wpadka! – odparł dumnie Japeś, ale po chwili zdał sobie sprawę, że na nic mu się to zda. Kraniec Czasu nie miał sądów i nie operował na zasadzie odszkodowań za poniesione straty moralne.

– Niech ci już będzie! A teraz skup się, masz ważne zadanie. Musisz znaleźć sobie pracę, aby utrzymać to mieszkanie! – rzekł Smok ponuro.

– Po co? Przecież to mieszkanie jest już moje. – mruknął młodzieniec niezadowolony. Pradawny jednak spojrzał na niego srogim wzrokiem.

– Ale musisz jeść, ogrzewanie trzeba opłacić, rachunki za prąd… Nic z tych rzeczy nie jest za darmo! No i poza tym masz jeszcze resztę kredytu do spłacenia. – Wszechbyt uśmiechnął się tajemniczo.

– Kredyt? Ja nie brałem żadnego kredytu. W co ty mnie wplątałeś? – jęknął zirytowany przysiadając na kanapie. Powoli zaczął żałować tego życia – na ulotce nie pisali nic o kredytach, czy jakichkolwiek kosztach utrzymania.

– Drogi Ja-pe-siu. – Smok wypowiedział powoli jego imię delektując się zirytowaniem na twarzy chłopaka. – W ciągu trzech tygodni byłem w stanie podzielić się na 15 bytów i zarobić na jedną trzecią tego mieszkania. Cudem udało mi się podrobić twój podpis! Myślisz, że to takie proste podpisywać dokumenty psimi łapami? Ha?! O resztę musisz zadbać sam. Na komputerze masz otwarte oferty pracy. No dalej, wybierz coś!

– Ale ja nawet nie wiem, co chciałbym robić! – westchnął Japeś z przejęciem. No bo czym mógłby się zająć ktoś, kto człowiekiem jest ledwie kilka tygodni? On nawet nie wiedział, jakie prace były dostępne i – co najważniejsze – co chciałby robić!

– Patrząc na twoje pierwsze kroki jako człowiek, poponowałbym rolę manekina do crush testów. – Smok zaśmiał się, ale umilkł widząc złowrogą minę młodzieńca. Ten wzrok zapowiadał wojnę najgorszą z najgorszych – wojnę na obelgi i inne uszczypliwości. Wszechbyt wiedział, że nie uświadczy już pełnej miski łakoci…

Wędrowiec zrzucił z siebie zimowe odzienie i udał się do pokoju. Powoli i dokładnie zaczął przeglądać oferty prac szukając tej jednej, która mogłaby mu pasować. Zadanie nie ułatwiał fakt, że chłopak kompletnie nie znał się na czymkolwiek. Co chwilę pytał się Smoka o to, czym zajmuje się dany fach i próbował odnaleźć się w gąszczu informacji, ogłoszeń i komentarzy Pradawnego. Ostatecznie postanowił aplikować o każdą możliwą pracę i czekać na to, kto odezwie się pierwszy.

27.04.2019_03-09-23

Po niecałych dwóch godzinach zadzwonili do niego ze szpitala i zaproponowali mu stanowisko stażysty. Japeś, nie mając większego wyboru, zgodził się i oznajmił Smokowi wykonanie zadania, a ten pogratulował młodzieńcowi.

– A co będziesz robił w tej pracy? – zapytał Wszechbyt, a Wędrowiec wzruszył tylko ramionami. Dowie się pierwszego dnia, czyż nie?

Mefisto

#194. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.2 – Trudne początki Read More »

#193. Bunt kaczek cz.5 – szpital

Nim przeniesiono nas z sali porodowej na salę poporodową, a właściwie pokój poporodowy, mogliśmy wziąć prysznic i podzielić się wrażeniami. Takimi jak parcie we dwoje, czy dziwne uczucie lekkości przy oddychaniu. Ale przede wszystkim znaleźliśmy chwilę na zrobienie sobie rodzinnych zdjęć. Smoczyński dostał też witaminę K, która zapewnia odpowiednią krzepliwość krwi. Normalnie daje się ją w formie zastrzyku, ale my woleliśmy, aby dostał doustnie. Różnica jest taka, że doustnie musi wziąć jedną dawkę więcej w przeciągu pierwszych tygodni życia.

Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. Chociaż położne były zaskoczone, że oboje poruszamy się lekko i zwinnie, jak gdyby przed chwilą się nic nie stało. Poród? Jaki poród? Przecież Smoczyński zawsze tu był! Było nam lekko i wesoło – kompletne przeciwieńtwo tego, co wydarzyło się przed chwilą. Czytałem, że kobietom zdarza się mdleć, słabnąć, a my nic. Nawet prysznic nie dał nam rady – z naszym małym berbeciem byliśmy niepokonani!

Musieliśmy się jednak rozdzielić na chwilę, bo ranę trzeba było zaszyć. To poszło jednak stosunkowo szybko i trafiliśmy do pokoju poporodowego. Mieliśmy do dyspozycji małe pomieszczenie z łóżkiem, szafą, krzesłem i kołyską oraz toaletę. Pokój ten znajdował się w tzw. studni, czyli od strony okna byliśmy otoczeni budynkiem szpitalnym. Jest to ważne dla historii, ponieważ z tego powodu nie było ruchu powietrza i pomieszczenie się nie ochładzało.

Położne, które odbierały poród przychodziły do nas co jakiś czas sprawdzać temperaturę, ilość oddechów oraz puls Smoczyńskiego. Powiedziano nam, że będziemy mogli opuścić szpital w przeciągu ośmiu do dziesięciu godzin. W międzyczasie wyszło słońce i pokój nagrzał się do ponad trzydziestu stopni, a – co gorsze – zmieniły się położne i nam przypadła ONA. ONA była kobietą w wieku około pięćdziesięciu lat. Oschła. Wszyscy byliśmy zgrzani, zmęczeni, nie mogliśmy nawet odespać, bo w pokoju było za gorąco, a Smoczyński cały czas płakał. Myśmy zresztą też. Cały czas byliśmy ochrzaniani, że wszystko robimy źle, ale ani razu nie raczyła nam pokazać, jak coś zrobić dobrze. Mieliśmy tak dość, że niewiele brakowało, abyśmy po prostu nie zebrali się i wyszli stamtąd bez słowa.

Najgorzej było, jak dowiedzieliśmy się, że musimy zostać do następnego dnia, jeśli nie dłużej. Bo Smoczyński miał za wysoką temperaturę. Wysyłano nas do lekarzy, którzy nie widzieli problemu. Ciężko było znaleźć ten wyimaginowany problem, skoro siedzieliśmy w gabinecie lekarskim, w którym nie bito rekordów ciepłoty i wszyscy troje nie grzaliśmy się jak kaloryfer zimą, bo tam działała klimatyzacja. Noc przeżyliśmy głównie kursując między pokojem, a poczekalnią, gdzie była klimatyzacja. Zresztą nie tylko my. Kilku rodziców “ze studni” robiło to samo. I to pomimo upomnień położnych, aby siedzieć w przydzielonych pokojach…

Najgorsze było jednak to, ilekroć zasnęliśmy, to przychodziła położna sprawdzić puls i temperaturę i budziła nam dziecko. I cały cyrk z usypianiem zaczynał się na nowo. A jeśli nie przychodziła położna to goście chodzili i łupali drzwiami tak bardzo, że co chwilę noworodki odzywały się we wspólnym płaczu.

Byliśmy wykończeni. Poród był niczym przy tym skwarze i kompletnej bezradności. Aczkolwiek spotkaliśmy też miłą położną, która nazywała się B. Poświęciła nam sporo czasu, aby wyjaśnić jak się zająć dzieckiem, co robić, gdy mały płacze. To ciepło, które nam okazała, pomogło nam wytrzymać do następnego dnia i przekonało nas, że rodzicielstwo może być też dla takich kompletnych łosi jak my.

smoczus2
Jedną z wiedzy tajemnych, jakimi podzieliła się z nami B. jest robienie z dziecka naleśnika, co pomaga mu w zaśnięciu

Minęły nam dwie doby prawie bez snu. Wypruci co chwilę też przebieraliśmy Smoczyńskiego, który zasikiwał ubranka, bo nie wiedzieliśmy jak założyć pieluszkę, aby nie przeciekała (dopiero B. powiedziała nam, aby kierować sikawkę do dołu, bo inaczej robi się fontanna).

Po południu udało nam się dostać obiad – pierwszy posiłek po porodzie. B., w porozumieniu z panią doktór “od skanów”, wykombinowały dla nas wiatrak i od razu zrobiło się nam lepiej. Szkoda tylko, że skończyła się jej zmiana, aczkolwiek miło było z jej strony, że przyszła się z nami pożegnać i upewnić się, czy damy sobie radę.

Przyszła kolejna zmiana i wróciły położne, które odbierały poród. Przetrzymały nas do około dwudziestej i puściły do domu nie widząc sensu, abyśmy dłużej tam siedzieli. Wszyscy troje odetchnęliśmy z ulgą. Połówka musiała jednak zapytać się, czy możemy pożyczyć szpitalny kocyk, bo Smoczyński zasikał wszystko, co dla niego mieliśmy. To jest na tyle głupi i jednocześnie zabawny powód, że pozwolono nam zatrzymać kocyk, który jest świetny: szybko schnie i nie przegrzewa małego, ale też i nie wychładza. Idealny dla naszego małego berbecia. I pamiątka dla nas, bo zawsze będzie nam przypominać to, jak kiepsko szło nam zakładanie pieluch.

Spakowaliśmy się, posprzątaliśmy trochę w pokoju i po otrzymaniu czerwonej książki (czyli czegoś w rodzaju książeczki zdrowia dla dziecka; dokładnie taką: link), opuściliśmy szpital i załadowaliśmy się do naszego rydwanu grozy czyli samochodu. Zważając na fakt, że to trzydrzwiowy samochód, Smoczyński został włożony na tylni fotel przeż bagażnik. I od tego dnia był w ten sposób umieszczany w samochodzie. Ku uciesze i zdziwieniu przechodniów. 😉

Wróciliśmy do domu. Zmęczeni, ale bogatsi o najcenniejszy skarb w naszym życiu: Smoczyńskiego. Zamówiliśmy sobie jedzenie przez internet. Co jak co: umarłbym z głodu, ale nie dałbym rady niczego ugotować. Wszyscy troje zjedliśmy ze smakiem nasze posiłki i poszliśmy spać. Byliśmy tak zmęczeni, że nawet Smoczyński nie upomniał się o mleko w nocy, gdzie dzieci potrzebują jeść co dwie-trzy godziny. Nie powiem, porządnie odpoczęliśmy i byliśmy gotowi na dalszą część naszych przygód.

Mefisto

#193. Bunt kaczek cz.5 – szpital Read More »

#192. Kącik Podróżniczy nr 8

PORTISHEAD

map

Portishead to niewielkie, bo liczące jedynie 25 tys. osób, portowe miasteczko położone przy ujściu rzeki Severn (Severn Estuary; po walijsku: Môr Hafren). Miasteczko zostało wspomniane Doomsday Book (czyli XI wieku), gdzie pojawia się pod dodatkowymi nazwami Portschute i Portesheve, a lokalnie było też znane pod nazwą Posset i zostaje wycenione na około 70 szylingów (w 1270 było to warte około dzisiejsych 2700 funtów – to najdalszy przelicznik, jaki znalazłem – za tą kwotę można było zatrudnić wyszkolonego rzemieślnika na rok). Jego historia sięga dalej, bo aż do Epoki Żelaza z racji tego, że na terenie Portishead znalazło się kilka osad z tego okresu.

Chociaż akt przyznający miasteczku prawo do posiadania portu przeszedł dopiero w 1814, istnieją dokumenty potwierdzające, że już w 1331 miało połączenie z wodą. Jest to opisane w dokumentach zwanych Patent Rolls, które dokumentują historię Anglii od 1201 aż po dziś.

Około 1860 zbudowano port mogący przyjąć duże statki, które miały problem z zawinięciem do Bristolu. W 1867 rozbudowano połączenia kolejowe, co przyczyniło się do rozwoju miasteczka. W 1879 kolej dotarła do portu, a dzięki temu węgiel dostarczony z Newport i Ely mógł trafić do Bristolu. Ostatecznie rozwój został przystopowany, a port ostatecznie zamknięty w 1992 i zamieniony w Portishead Marina z miejscem dla mieszkań, sklepów, restauracji i prywatnych jachtów.

Z racji bliskości wody Portishead było niegdyś siedzibą British Telecoms (BT), które mając tu swoje centrum telefoniczne wykonywało połączenia ze statkami. Usługa ta została nazwana Portishead Radio. W 1936 60 pracowników pomagało w wykonywaniu blisko 3 milionów połączeń na rok. Stacja odgrywała ważną rolę podczas Drugiej Wojny Światowej. Rozwój komunikacji satelitarnej przyczynił się do zamknięcia, które nastąpiło w 2000 roku.

Portishead jest też miastem partnerskim w takimi miastami jak Den Dungen (od 1989) oraz Schweich (od 1992). Informacja o tym widnieje na każdym znaku, który wita nas na wjeździe do miasta.

Miasto jest całkiem ciekawą lokacją, gdzie ciekawych miejsc do odwiedzenia jest sporo, biorąc pod uwagę jak niewielkie jest. Urokliwe są kamienne plaże z chrupiącymi pod nogami kamyczkami, które giną podczas przypływu, sąsiedztwo bażantów, historyczne budynki, a nawet rezerwaty natury otulające Portishead z każdej strony. Moim osobistym celem jest zwiedzenie dwóch latarnii morskich w obrębie miasta. Jest tutaj sporo zajęć dla młodych ludzi (a tych często brakuje w innych miejscach). Jak na tak niewielką lokację można tu znaleźć różne kluby (żeglarski, piłkarski, karate, strzelecki…).

Niedługo zabiorę Was na przygodę pośród ulic tego małego miasteczka. 🙂

Mefisto

#192. Kącik Podróżniczy nr 8 Read More »

#191. SWTOR: Jedi Under Siege

Czekałem i czekałem, aż 11 grudnia 2018 wyszedł przyjemny, ale boleśnie krótki rozdział wprowadzający nas w kolejne objęcia wojny między Sith i Jedi.

Po raz kolejny mamy okazję wybrać, którą ze stron chcemy wspierać. Tym razem padło na Imperium. Wszakże wciąż gniewam się na Therona za jego brawurową akcję. Nasz kontakt – jakiś bezimmienny droid – wdraża nas w szczegóły misji, a dokładniej dbanie o morale żołnierzy i zapewnianie przewagi nad wrogiem. Morale akurat nie są problemem, bo nasza postać stała się dosłownie celebrytą. Swoją drogą ciekawy rozwój wydarzeń – byłem już imperatorem Ethernal Empire, zdradziłem Sithów i zabiłem ich imperatorkę (licząc z poprzednim to w sumie uśmierciłem już dwóch imperatorów), rozwaliłem ich nadzieje nad przejęciem władzy nad superbronią, a teraz wpadam jak gdyby nigdy nic i robię za gwiazdę wieczoru…

Nasze zadania są proste: odszukaj zwiadowcę, popsuj coś, zabij kogoś. Wszystko dzieje się na planecie Ossus, gdzie Jedi badają ruiny swoich przodków. We wszystkim towarzyszy nam major Anri – jedna z przedstawicieli obcych ras (w uniwersum SWTOR) z rangą majora. W międzyczasie spotykamy Darth Malorę, która poza marudzeniem na naszą osobę niewiele robi. Po kilku prostych zadaniach spotykamy Darth Malgusa (którego kojarzę z wcześniejszych operacji nieopisanych na blogu), a ten zrzuca swoją byłą uczennicę Malorę w dół wraku statku kosmicznego, w którym znajduje się baza.

Workspace 1_2018_12_11_11

Malgus kieruje nas w konkretne miejsca, aby złamać ducha Jedi – zabić jednego z ich mistrzów, a mianowicie archiwistę Gnost-Durala. Po tym nasza przygoda się kończy. Chociaż wygraliśmy walkę to twórcy dali nam odczuć, że to dopiero preludium prawdziwej wojny.

Chociaż jestem niezadowolony, że wszystko zaczęło i skończyło się tak nagle, to jednak czuję w środku wielką radość. Człowiek czeka z wytęsknieniem na garść dobrej fabuły, a ostatecznie kończy zadowolony i nienasycony jednocześnie. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby rozdziały były trochę dłuższe. Albo chociaż pojawiały się częściej. A teraz pozostaje mi tylko czekać, aż wojna rozkręci się na nowo… I to już we wrześniu. 😉

Mefisto

#191. SWTOR: Jedi Under Siege Read More »

Scroll to Top