Author name: mefistowy

#210. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.4 – Kiedy niezrozumienie rodzi problem

Z każdym mijającym dniem Japeś odkrywał nowe aspekty swojego ludzkiego życia. Bardzo pomagała mu w tym telewizja stając się niemal guru dla pozaziemskiej istoty. W wolnych chwilach oglądał różne programy i starał się ostrożnie kopiować wykonywane czynności, aby praktykować swoje zdolności manualne. Smok starał się nadzorować edukacyjne zapędy młodzieńca w obawie, że ten zobaczy coś, co niekoniecznie musi być dla niego bezpieczne.

Dźwięk bzdurnych programów dzień w dzień wypełniał mieszkanie Wędrowca. Z początku tkwił on przed mózgożernym pudłem, ale z czasem jedynie słuchał, oddając się w objęcia gotowania, sprzątania, a ostatecznie i malowania. Wszak pędzlem ciężko byłoby się zabić, a można było bezpiecznie praktykować ruchy tych zwodniczych palców.

10.07.2019_01-42-21

Japeś, praktykując pradawną sztukę rysunku, namalował Smoka i obwieścił mu ten fakt ciesząc się przy tym jak dziecko. Pradawny, chociaż uważał, że chłopak kompletnie się do tego nie dawał, pochwalił go szczerze. Był to jednak rykoszet skierowany w jego dobry gust, bo Wędrowiec zaczął malować jednego Smoka za drugim, aż cała ściana wypełniła się karykaturami poczętymi w dobrej wierze.

10.07.2019_01-45-20

Na szczęście jak szybko przyszło to hobby, tak szybko odeszło. I wcale nie miało to związku z tym, że Prastara istota pochowała wszystkie farby.

10.07.2019_01-40-07

Japeś znów wylądował przed telewizorem i tym razem przyglądał się programowi randkowemu. Pradawny szybko pojął aluzję: Wędrowiec dorósł w końcu do wejścia w związek. Och, gdyby wiedział, że to pilot się popsuł i chłopak nie miał po prostu niczego innego do oglądania!

Smokowi przychodziło gładko edukowanie tego młodego i niemal niczym niezmąconego umysłu. Natrafił jednak na mur, kiedy temat zszedł na bliższe, bardziej fizyczne relacje. Postanowił więc pójść na całość i włączył dowolną stronę pornograficzną, gdzie Japeś mógł na własne oczy ujrzeć “akt”. Niestety Smok nie zweryfikował tego, co znalazł i Wędrowiec skończył z ciężką traumą, a Pradawny musiał się nieźle natłumaczyć, aby wyjaśnić, że to tylko taki fetysz, a nie normalny stosunek.

Chłopak powoli dochodził do siebie, ale wyraźnie był nie w swoim żywiole. Jego typowe akrobacje osłabły, a on sam zdawał się wędrować myślami na odlęgłą planetę. Zainteresował się nim lekarz – tak, ten sam, który za każdym razem niemal umierał ze zdziwienia. Zaprosił go do gabinetu, posadził, poczęstował herbatą oraz ciastem i słowami naduszał młodzieńca, aby ten zdradził mu sekret swoich rozterek.

– Nawet nie wiem, jak zacząć… – westchnął opychając się ciastem. Oczywiście zamiast brać normalne kęsy, wpychał cały kawałek do ust i mielił go, aż ten się poddał i powędrował dalej.

– Postaraj się najpierw opowiedzieć mi co się stało. – zaproponował doktor patrząc jak połowa ciasta zrobionego przez jego żonę znika w tej czarnej dziurze beznajdziejności, która zapewniła większą renomę szpitalowi niż jego studia, kwalifikacje i doświadczenie.

– Mój pies puścił mi porno na komputerze… – wybełkotał, a potem ukrył twarz w dłoniach na myśl o tym okropnym filmie.

Lekarz, mimo iż przygotowywał się z całych sił na absurd, jakim mógł go obdarować Japeś, nie spodziewał się totalnego katalizmu. Zachowując powagę na twarzy, wyciągnął papiery i pospisał sobie zwolnienie zdrowotne. Wstał po tym, założył płaszcz i skierował się do recepcji zostawiając zwolnienie u kolejnego wybryku natury, który aktualnie witał nowych pacjentów.

Wędrowiec jedynie wzruszył ramionami i dojadł ciasto. Nie pierwszy raz doktor wyszedł bez słowa i nie pojawiał się przez tydzień w pracy, ale zawsze zostawiał za sobą fanty w postaci słodyczy.

Chłopak czuł wewnętrznie, że musi się uporać ze swoimi demonami i w spokojnej atmosferze zawędrował na tą samą stronę, aby przyjrzeć się dokładnie temu, co kręciło gatunek ludzki. Szybko odkrył, że gumowe kurczaki nie są domyślnym atrybutem “tych spraw”, co uspokoiło jego skołataną duszę. Było jednak wiele kwestii, które pozostawały niezrozumiałe dla Japesia, ale nie zamierzał zawracać sobie nimi głowy. Przynajmniej na razie.

Mefisto

#210. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.4 – Kiedy niezrozumienie rodzi problem Read More »

#209. The Elder Scrolls Online – Morrowind

ESO-Morrowind

The Elder Scrolls Online to MMORPG, które światło dzienne ujrzało w kwietniu 2014. Tym razem jednak (i to tylko i wyłącznie dzięki grze) skupię się na rozdziale Morrowind wypuszczonym w styczniu 2017.

Przygoda zaczęła się dosłownie w stylu Skyrima, bowiem płynąc sobie statkiem w nieznane, trafiłem do niewoli. Na nasze szczęście ratuje nas (choć bardziej z przypadku) Naryu Virian, czyli jedna z głównych postaci w pewnej serii zadań. Nasza mroczna elfka jest skrytobójcą i akurat przypadkiem poluje na swój cel znajdujący się w tym samym obozie na Wyspie Ognistej Ćmy (Firemoth Island), na której nas przetrzymywano.

Zyskawszy wolność, możemy w miarę swobodnie poruszać się po wyspie Vvardenfell. Daje nam to możliwość nie tylko eskploracji, ale i włączenia się w kilka serii zadań, gdzie możemy rozwiązać kilka(naście) różnych problemów. Jednym z nich jest ratowanie Lorda Vivec’a (jednego z trzech żywych bogów w Morrowind) przed zagładą lub kontynuowanie misji skrytobójstw wraz z poznaną wcześniej Naryu. Możemy też stać się częścią legendy o Szkarłatnym Sędzi (Scarlet Judge). To zależy tylko od nas.

Akurat to w tej grze lubię: misje są na tyle rozbudowane, aby zapewnić kawał dobrej fabuły i zajęcie na kilka(naście) godzin.

Screenshot at 2018-09-25 00-26-34
Moja postać jest na tyle kulturalna, że żegna się nawet z trupami

The Elder Scrolls Online pod względem mechaniki gry jest dosyć podobne do Skyrima, dzięki czemu nie jest ciężko odnaleźć się w nowym (a raczej starym świecie). Bardzo spodobał mi się za to system umiejętności, który pozwalał zarówno odblokowywać jak i ją ulepszać. Nie wspomnę już o klasie Smoczego Rycerza (Dragonknight) pozwalającej mi na zmianę w ognistego jeża. 🙂

Screenshot at 2018-09-21 11-42-11

Co mi się bardzo nie podobało to fakt, że w przeciwieństwie do Skyrima musiałem zasuwać po całej mapie, bo nie było “szybkich teleportów”. Tzn. były, ale było ich dużo mniej, a mapa wydawała się ogromna. Dobrze, że w pewnym momencie można zdobyć konia i nim patatajać od jednego NPC do drugiego. Swoją drogą konia można trzymać w swoim pokoju w karczmie…

Morriwind przypadło mi do gustu. Chociaż zostałem rzucone na głębokie wody, to jednak fabuła i dostosowanie poziomu postaci do otoczenia nie dawało mi odczuć, że gram – że tak to ujmę – od tyłka strony. Na razie przeszedłem małą część gry, która mi się nawet podobała. Powoli zabieram się za resztę świata Tamriel, gdzie będę kontynuował moją przygodę. Dlatego też na pewno jeszcze napiszę coś o tej grze!

Mefisto

 

#209. The Elder Scrolls Online – Morrowind Read More »

#208. Kącik Podróżniczy nr 10

PORTISHEAD – FISHERMAN’S STEP

map

Jest takie miejsce, które ciężko dostrzec na mapach, o nazwie Fisherman’s Step, chociaż żadnego zapalonego wędkarza tam nie widziałem. Nieco wyżej przebiega ścieżka o nazwie Gordano Round ciągnąca się przez spory kawałek… Skupmy się jednak na uroczym, kamiennym zakątku.

Jest to idealne miejsce, gdzie można przyjść z krzesełkiem i patrzeć. A patrzeć jest na co! Po naszej prawej znajduje się Severn Bridge łączący Anglię z Walią, latarnię kuszącą mnie swoim urokiem od dawien dawna. Widać nawet Portisheadowy basen. Na lewo za to, jednak poza zasięgiem naszego wzroku, znajduje się kolejna latarnia.

Jest jednak jedna wyjątkowa rzecz, za którą lubię to miejsce. Statki. Duże, transportowe olbrzymy, które suną powoli przed siebie, jak gdyby czas zatrzymał się, aby poparzeć na te mijające ich kolosy.

Raz nawet goniliśmy uliczkami, aby dorwać takiego wielkoluda i zrobić mu zdjęcie, ale uciekł, bo chociaż zdają się one powoli płynąć przed siebie to jednak są dosyć szybkie.

Smoczyński także lubi to miejsce. Bo są chrzeszczące pod nogami kamyczki, bo są wielkie kamienie, na które można się wdrapać, bo jest woda, do której można wpaść… A wejścia do tego pilnuje najgorszy możliwy potwór, jaki może być dla rodzica: schody. I jeśli myślicie w tym miejscu o tym, że on może sobie zrobić krzywdę, czy coś… to nie, nie o to chodzi. Chodzi o to, że on godzinami wchodzi i schodzi (za rączkę z nami!) po tych schodach. Ale to w końcu część naszej wyprawy, czyż nie?

Jak już pokonamy stalowego potwora to otwiera się przed nami ta chwila wolna od trosk. Czas chyba naprawdę zwalnia w tym miejscu: może nie na zegarku, ale gdzieś w głębi naszych umysłów i pozwala nam zapomnieć o pędzie dla codziennego, gdzie każda minuta ma swoje miejsce.

Lubię to miejsce. W szczególności, że dotarcie tam zajmuje nam ledwie kilka minut. 😉

Mefisto

#208. Kącik Podróżniczy nr 10 Read More »

#207. Z życia urzędnika cz.8

Są takie elementy pracy urzędnika, które ciężko gdziekolwiek indziej spotkać. Nie twierdzę jednak, że są niemożliwe – po prostu ten typ zawodu przyciąga niektóre rzeczy jak magnez. Zdaję sobie sprawę, że wiele z tych rzeczy to efekt niskiej jakości usług świadczonych przez niektórych urzędników, ale postanowiłem opisać kilka z nich wraz z ich oddziaływaniem na przeciętnego pracownika urzędu.

Protesty. Każdy o nich słyszał, niektórzy nawet w nich uczestniczyli. Urzędnik cieszy się, kiedy wydarzają się z dala od urzędu z racji tego, że protestujący lubią wyłapywać szeregowych pracowników kierujących się w stronę domu i maltretować ich o spełnienie ich żądań. A taki pracownik może tylko odpowiedzieć “ja tu tylko sprzątam”, bo cózże może taki mały nikt bez uprawnień do czegokolwiek? Od tego są ci na górze, zasłonięci ochroną i zamkniętymi, mocarnymi drzwiami.

Razem z protestami, problemem są dla nas dziennikarze. Od udzielania odpowiedzi są ludzie na odpowiednich stanowiskach. Nam, szaraczkom, zabrania tego nawet umowa o pracę, a nie chciałbym dostać dyscyplinarki za wypowiadanie się w temacie, o którym słyszę dopiero z ust dziennikarza.

Budynek urzędu otwarty jest dla wszystkich, więc zdarzy się, że ktoś “zapomni” plecaczka. Wiadomo, wtedy jest ewakuacja, ludzie stoją na zewnątrz i czekają, aż pakunek okaże się uzbrojony w 300-stronnicową skargę, o której zapomniał znudzony życiem dziadek. Rozumiem, że są procedury i cieszę się, że one są, bo nie chciałbym uczestniczyć w ruletce pod tytułem “dzisiaj Ty sprawdzasz, czy to ładunek – najwyżej zdrapiemy Cię ze ściany”. Aczkolwiek męczące jest to, że ludzie potrafią to zrobić w ramach żartu albo dla propagandy “bo urząd się z czymśtam nie wyrabia”. No nie wyrabia się, bo stoimy na zewnątrz budynku, kiedy “rozbrajany” jest niebezpieczny plecack z kanapką w środku lub karteczką “it’s a prank, bro”.

Kolejną rzeczą jest to, że pracę mojego działu definiuje specjalna ustawa (bo w końcu są to zasiłki i to nie te podstawowe tylko bardziej skomplikowane). Streszona ustawa dostarczana jest przy pierwszym kontakcie, więc te “paskudne człowieki” powinny wiedzieć, o co chodzi. No i niestety tak to nie działa. Bo jeszcze zrozumiem, jak zadzwoni pan/i i zapyta, bo nie rozumie. Gorzej jak zadzwoni ktoś, który czytał, wie, rozumie i żąda… Albo dzwoni, pyta, ja mówię, wyjaśniam i wspominam, że powinien był dostać kopię, a on uroczo mi oświadcza, że owszem dostał i wyrzucił, bo nie chciało mu się czytać.

Wrócmy jednak do grupy, która żąda. Tacy ludzi oczekują ode mnie łamania prawa i ryzykowanie utratą pracy. Nie, dziękuję. Jak sporo dobrego serca mam dla ludzi i potrafię naginać zasady, aby tylko pomóc jak najszybciej, ale nie zrobię nic niezgodnego z prawem. I jak wielu ludzi to rozumie, tak wielu ma do mnie o to pretensje. Co najgorsze: pretensje częściej słyszałem od osób postronnych…

Mój ulubiony temat, który łączy się z grupą żądającą to “ja ci płacę za to”. No tak, bo urząd jest finansowany z podatków, więc nagle każdy Smith, czy inny John będzie moim pracodawcą. A jak pytam o podwyżkę z powodu stresujących warunków pracy to nagle temat się zamyka, hmmmm… Sprawa jest w tym momencie prosta: zatrudnia mnie urząd, urząd działa na bazie ustawy, a ja tam działam jedynie jak trybik, którym poruszają odpowiednie legislacje. Jeśli się nie podoba to niestety trzeba pisać skargi w celu poprawy ustawy albo głosować na innych polityków, a nie krzyczeć na mnie “wyskakuj z kasy” przez telefon, bo ja nawet nie mam jak wepchnąć gotówki do słuchawki…

Jeśli kogoś to ciekawi to urząd miasta nie tylko funkcjonuje dzięki podatkom, ale też i z własnych inwestycji, bo – bądźmy szczerzy – jak widzę ile zachodu jest z egzekwowaniem płacenia tych podatków (tzw. Council Tax), ile osób jest z nich zwolnionych (i to jest główna grupa ludzi, którzy do mnie dzwonią!) to urząd byłby dawno martwy.

Na sam koniec wspomnę o przełożonych, ale nie tak bezpośrednich tylko takich, co są prawie na szczycie i wiszą nad nami, szaraczkami, jak chmurki. Oni uwielbiają tworzyć dla nas nowe reguły, które ani trochę nie są możliwe do wykonania. No dobra, są, ale można by było to zrobić w bardziej efektywny sposób, dzięki czemu urzędnicy byliby wydajniejsi, a petenci bardziej zadowoleni.

Przykładem takiego działania jest decyzja włodarzy o tym, abyśmy sami zapewniali konta bankowe dla naszych “klientów”. Ma to na celu eliminowanie oszustw. Pozwala to na natychmiastowy wgląd w ich wydatki, bo inaczej musimy prosić ich o ich wykazy bankowe, a tutaj nie zawsze je wysyłają. Początkowo wszyscy “klienci” mieli na tym wylądować, ale ostatecznie skończyło się na tym, że kto chce, ten może zostać na starym systemie. Dla nas, urzędników, oznaczało to operowanie na dwóch różnych systemach, co tylko dołożyło nam pracy. Efekt do przewidzenia: robią się nam zaległości.

Grunt jednak, że na tych na górze nikt nie nakrzyczy przez telefon!

Mefisto

 

#207. Z życia urzędnika cz.8 Read More »

#206. Kącik Techniczny nr 10

Dyski od samego początku są nierozłączną częścią komputera, pełniąc funkcję nośnika danych. Pierwsze dyski były, delikatnie to ujmując, ogromne. Ich pojemność również nie była zaskakująca, bo wynosiła aż 3.75 megabajta. To tyle ile zajmuje przeciętna piosenka.

Wyobrażacie sobie organizować swoją komputerową przestrzeń mając jej tak niewiele? Patrząc przez pryzmat naszych czasów tak, ale jako że były to dopiero początki to taka wielkość była wystarczająca.

Rozwój technologiczny pędzi z taką prędkością, że dzisiaj pojemność dysków liczy się w gigabajtach, a coraz częściej w terabajtach. Największy dysk na daną chwilę oferuje 100 terabajtów, czyli, dla porównania, 104857600 megabajtów, a to przekłada się na prawie 28 milionów piosenek. Opcjonalnie jest to około 1,300 gier o wielkości 80 gigabajtów każda.

Udoskonalono też czas wyszukiwania (czyli czas potrzebny dyskowi na zlokalizowaniu obszaru, gdzie znajdują się dane do odczytania) – z 600 milisekund do około 9 na dyskach talerzowych , a w przypadku dysków SSD jest to coś między 0.08 a 0.16 milisekund. Pozwala nam to na szybszy odczyt danych, czy też szybsze załadowanie się systemu. Dla porównania mrugnięcie oka trwa około 200-400 milisekund.

Chociaż jest to niepozorna rzecz to jednak szybki dysk potrafi usprawnić pracę naszego komputera, dorzucić kilka dodatkowych fpsów (frame per second) w grach lub też zmniejszyć czas oczekiwania na załadowanie się gry.

Warto też wspomnieć, że wytrzymałość dysków również na tym zyskała. Pojawienie się dysków ssd rozwiązało wiele problemów, z którymi borykały się dyski talerzowe (np. uszkodzenia mechaniczne, uszkodzenia powstające przy spadkach prądu).

Żywotność dysków SSD liczy się w TBW (terabytes written) lun DWPD (drive writes per day). Oznacza to, że dysk ssd, po przekroczeniu np. TBW, może ulec awarii. Przykładowo mój Samsung 860 Evo 1TB oferuje do 2,400 TBW, co jest całkiem sporą liczbą. Do tej pory użyłem maksymalnie 2 TBW. Oznacza to, że w takim tempie jego żywotność przekroczę za… 900 lat. Myślicie, że dożyję? 😉

Warto wspomnieć, że TBW prędzej ujrzymy przy specyfikacji dysków SSD niż dysków talerzowych z tego tytułu, że dysk talerzowy raczej na pewno ulegnie awarii nim nawet zbliży się do osiągnięcia limitu swojej żywotności. Nie oznacza to jednak, że TBW nie istnieje w przypadku dysków talerzowych.

No i najważniejsza rzecz: dyski zajmują coraz mniej miejsca. Dyski m2 spokojnie zmieszczą się w dłoni, podczas gdy pierwsze dyski zajmowały powierzchnię 152 cm x 172 cm x 74 cm. W pomieszczeniu zwanym przez nas “computer room” (zgadnijcie dlaczego, hehe) zmieściłyby się 4 lub 12 jeśli stawiać je na sobie. W przypadku m2, gdzie jego przykładowy rozmiar to 2 cm x 3 cm doszedłem do ponad 20 tys. ułożonych tylko na powierzchni podłogi.

To jest tylko kilka z wielu możliwych porównań jak bardzo rozwój technologiczny wpływa na nasze życie. Z każdą chwilą wprowadzane są nowe rozwiązania, zmieniane są ogólne standardy, następuje miniaturyzacja. Dzięki temu zyskujemy dostęp do wielu rzeczy, które niegdyś, dosłownie, nie mieściły się do naszej rzeczywistości. Takie spojrzenie na “początek” pozwala nam pojąć ile przeszliśmy do tej pory i jak może wyglądać nasza przyszłość. Dlatego na sam koniec zostawiam Was z dokumentacją patentu opisującego działanie dysku magnetycznego i zdjęciem dysku m2 dla porównania. 😉

Mefisto

 

#206. Kącik Techniczny nr 10 Read More »

#205. Ken Follett’s The Pillars of the Earth – Book 1: From the Ashes (Księga Pierwsza: Z popiołów)

234270_20180824082121_1

Ken Follett’s The Pillars of the Earth to gra stworzona przez Daedalic Entertaiment na podstawie powieści o tej samej nazwie. Tytuł ten został wydany w 2017, a ostatnia księga ukazała się w Marcu 2018. Gra ta od razu przykuła moją uwagę z racji faktu, iż grafika jest pięknymi i dokładnymi rysunkami. Z racji faktu, iż pozycja ta podzielona jest na trzy księgi, a każda z ksiąg dzieli się na siedem rozdziałów, postanowiłem rozbić opis na trzy wpisy i podsumować każdy etap mojej przygody, a na koniec wydać moją osobistą opinię na temat tej gry.

Księga Pierwsza – Z popiołów (Book One – From the Ashes)

W tej księdze naszymi bohaterami (poznanymi w tej kolejności) są budowniczy Tom z wielką ambicją, jaką jest zbudowanie katedry, zakonnik Philip, który wplątał się w nić losu oraz młody chłopiec Jack stający się łącznikiem tych dwóch powyższych. Cała historia zaczyna się w 1135 roku w Anglii w fikcyjnym mieście Kingsbridge oraz jego okolicach.

Zaczynamy od prologu, gdzie poznajemy Toma oraz jego rodzinę: ciężarną żonę Agnes, syna Alfreda i córkę Marthę. Cała rodzina, pomimo zimny, dzielnie wędruje przez las szukając szansy dla Toma, aby ten spełnił swoje marzenie o wybudowaniu katedry. Dowiadujemy się, że odrzucił on ofertę pracy, która zapewniłaby godne życie jego rodzinie. Podczas rozmowy z żoną możemy jednocześnie trwać przy marzeniu albo zmienić zdanie i podjąć się jakiejkolwiek pracy.

Rozpalamy ognisko i okazuje się, że Agnes zaczyna rodzić. Kobieta zdradza nam, że już dawno odeszły jej wody. Tom może całkiem sprawnie poradzić sobie jako położna lub nie. Nie zmienia to faktu, że kobieta po porodzie umrze, a on zostanie sam z trójką dzieci.

Kolejnym naszym bohaterem jest zakonnik Philip, który dotarł właśnie do Kingsbridge, aby rozmówić się z przeorem Jamesem na temat kiepskiego stanu klasztoru. Tam dowiadujemy się, że James wpadł do przerębli i porwała go lodowata rzeka. Trafiamy na moment kiedy wybrany zostanie nowy przeor, a w tym samym czasie nasz brat Francis mówi nam o zbliżającej się wojnie. Zostajemy wdrożeni w jego plan i szybko okazuje się, że jeden list może temu zapobiec. Zbiegiem okoliczności miał go posłannik – rycerz, który padł martwy u stóp klasztory w Kingsbridge, a list znalazł się w rzeczach przeora Jamesa przeznaczonych do spalenia. Cudem udaje się nam uratować jego zapiski i odzyskać ten cenny skrawek papieru. Francis wysyła nas do biskupa z prośbą o pomoc.

Gra jednak przenosi nas do lasu, gdzie poznajemy młodego Jacka. Chłopiec upolowuje właśnie pierwszą sarnę i zabiera mięso do domu – jaskini, w której mieszka z matką. Słysząc jednak hałas na dworze, wychodzi na zewnątrz i dociera do miejsca, gdzie nie tak dawno poznaliśmy Toma i jego rodzinę. Tam widzimy Francisa zabierającego zawiniątko z noworodkiem ze świeżo usypanego grobu dla Agnes. Matka każe Jackowi się schować i informuje nas, że będzie śledzić zakonnika.

Jack zabiera zakrwawiony koc ze sobą i, w drodze do domu, spotyka Toma i jego dzieci, którzy wracają, aby zabrać niemowlę. Okazuje się, że Tom porzucił swoje dziecko, ale postanowił wrócić po nie targany sumieniem. Alfred zmusza nas do tego, abyśmy kroczyli śladem zakonnika, a my posłusznie robimy to, aż spotykamy matkę Jacka – Ellen. Przekonuje ona Toma, aby na razie porzucił pogoń za małym synem – wszak zakonnicy nie dadzą mu umrzeć, wykarmią go i zapewnią dom. Jego zaś mogą czekać niemiłe konsekwencje – w końcu porzucenie dziecka traktowane jest jak morderstwo.

Wracamy znów do Philipa, który stoi teraz pod pałacem biskupa. Jego zadaniem jest przekazać wieść o wojnie i zapobiec jej nakłaniając duchownego do popracia króla Stephena. Udało mi się to zrobić, choć nieopatrznie wydałem Francisa.

234270_20180825085001_1

Gra zabiera nas z powrotem do Toma. Ellen oferuje, że ona i Jack pójdą z Tomem wspierając go w jego wyprawie w zamian za to, aby budowniczy nauczył młodego chłopca życia wśród ludzi. Razem wyruszają w długą drogę do biskupa, ale ten nie jest zainteresowany zatrudnieniem budowniczego. Rodzina trafia do zamku hrabiego z Shiring, gdzie, dzięki pomocy i spostrzegawczości Jacka, udaje mu się dostać pracę.

Nie na długo – oto pod murami zamku zbierają się ludzi Hamleighów z ich synem Williamem na czele, którzy rozpoczynają atak.

Nieco wcześniej biskup przybywa też do Kingsbridge, aby ogłosić Philipa nowym przeorem klasztoru.

Wielu rannych, głodnych i wystraszonych ludzi zdołało uciec do Kingsbridge. Philip przyjął ich wszystkich i nakarmił, czym miał. W tym samym czasie przybyli też Tom z rodziną szukając przede wszystkim pracy. Philip jednak odmówił z racji braku funduszy i kryzysowej sytuacji. Jack jednak postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i podpala dach (do nas należy wybór, czy może to być umyślne, czy nie). Katedra wali się, ale pomimo ogromu zniszczeń, nikomu nic się nie dzieje.

234270_20180825101645_1

Biskup, dowiedziawszy się o tym, wzywa Philipa do siebie i proponuje, aby udać się do króla i zapewnić fundusze na budowę katedry. Na miejscu jednak rodzina Hamleighów pokazuje Philipowi na czym tak naprawdę zależy biskupowi i ostatecznie przystajemy na ich propozycje. Oni dostają ziemie hrabstwa Shiring, a my materiały na katedrę.

Rozpoczyna się budowa pod kierownictwem Toma. Wraz z budową fundamentów, jego marzenie powolutku zmierza ku spełnieniu.

Jednakże los pokazuje, że to nie koniec ich przygód. Ale o tym przekonamy się w Księdze Drugiej.

Mefisto

#205. Ken Follett’s The Pillars of the Earth – Book 1: From the Ashes (Księga Pierwsza: Z popiołów) Read More »

#204. Seria małych zwycięstw!

Niniejszy wpis zacznę od chwalenia się, bo ostatnie cztery tygodnie były bardzo owocne. Zacznę od gwiazdy wieczoru, czyli Smoczyńskiego. Wziąłem go na kolana i po męsku przysadziłem do prostej gry jaką jest SuperTuxKart, aby mieć pewność, że rodzinna tradycja grania w gry będzie kontynuowana. I skubany jest dobry w te klocki. 😀 Fakt, wciąż nawala trochę losowo, ale potrafi sam prowadzić pojazd, trochę zaczyna skręcać, kiedy mu potrzeba, wynalazł kilka skrótów klawiszowych, którymi się bawi (np. wylogowanie mojego konta w taki sposób, że ani ja, ani Połówka o tym nie mieliśmy pojęcia :P), bo sporo się dzieje wtedy na ekranie (włącza się nitro i takie tam). Dziennie ma tak z 10-15 minut takiej gry i widać spore postępy, a on ma masę zabawy przy tym. 🙂

Zbliżają się też urodziny Smoczyńskiego, więc polujemy już na prezenty: na pewno dostanie Tomnyana (z Yokai Watch; tutaj macie link do jego fajowej piosenki), w którym się zakochał i odcinki z nim są dla niego świętością. Pluszak już jedzie do nas z Japonii! 🙂 Jeszcze myślimy nad innymi prezentami, ale myślę, że z Tomnyana się ucieszy w szczególności, że ten gada i śpiewa powyższą piosenkę. 😀

Swoją drogą to mój uroczy Belzebubik dostał w końcu brytyjski paszport. W końcu! Musieliśmy jeszcze dosłać kilka dokumentów, ale udało się – paszport wreszcie do nas dotarł! To teraz oficjalnie możemy obwiniać go o brexit. 😉

IMG_20190622_204242

Smoczyński dostał nową wersję paszportu. Brakuje na nim napisu European Union (tutaj macie link do zdjęcia). 😀

Kolejną rzeczą są moje studia… Zostałem studentem! 😀 Wypełniłem potrzebne formularze, a teraz czekam, aż otworzą aplikację na pożyczkę studencką (czyli do sierpnia) i po tym będę już czekał na październik, aby zacząć edukację.

Zaczynę od podstaw matematyki i technologię informacyjną na pierwszym roku – na drugim będę już szedł w kierunku programowania. 🙂 Na wybór mam jeszcze sporo czasu!

Aby poświętować wszystko, co możliwe, kupiliśmy sobie drona. Połówka od dawna marzyła, więc wybraliśmy DJI Mavic Air i powiem Wam, że jestem nawet zadowolony. Dron jest prawie idiotoodporny, więc latanie nim jest dosyć proste, ma większą pojemność baterii, co przekłada się na długość lotu, ma kamerę 4K… Pierwszego dnia wypróbowaliśmy go w domu. Połówka, podążąjąc za samouczkiem, włączyła tryb auto i dron poleciał pod sufit… Dron na szczęście jest cały, ale sufit trzeba trochę odmalować, bo się farba ze skrzydeł nieco starła. 😀 Dlatego też napisałem, że jest prawie idiotoodporny…

Następnego dnia wzięliśmy go do Walton Common, aby wypróbować go na zewnątrz i bawiliśmy się świetnie. Kupiliśmy go w zestawie z trzema bateriami, więc mamy około godziny latania. Połówka na dzień dobry posłała go w niebiosa, aby robił zdjęcia i kręcił filmiki. Potem ustawiła, aby automatycznie wylądował i co? Oczywiście podłoże jest złe, bo krzywe i nierówne, więc próbował wylądować na mnie i Smoczyńskim, bo my, kurna, prości i równi. Aczkolwiek ręcznie dało się go posadzić bez większych problemów. 🙂

A tutaj mam małą prezentację naszej zabawy:

Filmiki też kiedyś wrzucę, jak tylko uda mi się je przegrać od Połówki…

Jako, że byłem (nie)grzecznym Diabłem to w końcu postanowiłem wymienić kartę graficzną i przyzwyczajam się do AORUS GeForce RTX 2080 Ti XTREME 11G. Kupiłem sobie bardziej wypasioną kartę niż kiedykolwiek mógłbym marzyć! 🙂 Na następne 4-5 lat (jeśli nie dłużej) mam spokój. Muszę teraz poszukać jakiejś gry, na której mógłbym tą kartę potestować. 😀

IMG_20190618_113122

Gier kupiłem ostatnio mało: dorwałem w końcu Warcraft I i II, a także gry Cardlings i Islanders, które mnie mocno zaciekawiły. Chyba staram się kupować tyle, aby potem nie płakać w kącie, bo nie wiem w co mam zagrać w danym momencie. 😛 Aczkolwiek z Warcrafta zacieszam mocno, bo zawsze chciałem zagrać w pierwsze części i niedługo zagram (niedługo czyli pewnie jak skończę kilka innych gier, które wpadły mi w oko). 😀

A skoro jestem przy grach to napiszę o KOTORze, bo aż mi się miło zrobiło jak mogłem się z Carthem pokłócić jakbyśmy byli starym małżeństwem. 😀 Już zapomniałem jak twórcy się nastarali, aby opcji dialogowych było pod dostatkiem (wachlarz wyboru od normalnych konwersacji do nazywania Wookie chodzącym dywanem). Ale spokojnie! Kryzys zażegnany – Carth i Mefisto znowu się lubią. 😀

I tak mi się dobrze grało, że musiałem (MUSIAŁEM!) zagrać w KOTORa 2. Mam straszny sentyment do tej gry. :> I teraz za to mogę kłócić się z Attonem… Kocham tą grę!

Powinienem się w łeb walnąć, bo zapomniałem ostatnio napisać o zbiórce na Kickstarterze odnośnie Monster Prom 2. Zbiórka już się zakończyła, a twórcy zebrali ponad 530 tys. euro z 32 tys., których potrzebowali, aby zacząć pracę nad grą… Przyznam się bez bicia, że dołożyłem trochę od siebie, bo bardzo zależy mi, aby gra doszła do skutku! 😀 Zebrane fundusze wystarczą, aby zrobić aż dwie gry, więc tym bardziej zacieszam!

Ze spraw blogowych: zaktualizowałem Pamiętniki i linki do wszystkich serii są już dodane. Uporządkowałem zakładkę Gry, aby wyglądała bardziej przejrzyście i dodałem ikonki do tych tytułów, przy których złapało mnie nadmierne lenistwo. 😀 Dodałem też zakładkę Opowiadania, gdzie zadomowił się już Japeś. 🙂 Jeszcze trochę i zabraknie mi tam miejsca na te wszystkie zakładki!

Jeśli coś kiedyś jeszcze napiszę to będę to wrzucał na inny portal, a link dodawał właśnie w tej zakładce. Raczej nie będę wrzucał tu więcej opowiadań (no chyba, że z Japesiem :D). Jak skończę z Japesiem to wstawię na miejsce opowiadania cykl o życiu w Anglii. Planowałem początkowo wrzucać te notki w czwartą środę miesiąca, ale zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie się przeciążę…

Postanowiłem też poddać się z wrzucaniem promocji na gry na Twittera – dalej jednak będę wrzucał info o darmowych grach (wiadomo, gry za darmo są świętością :P). Nie jest to nazbyt pochłaniające zajęcie, ale z drugiej strony brakuje mi czasu na wiele innych rzeczy, np. na rysowanie. Chyba w końcu dotarło do mnie, że doby nie wydłużę, a spanie po 2-3 godziny dziennie to raczej kiepski pomysł…

Mógłbym jeszcze napisać o kilku innych sprawach, ale z racji faktu, że notka i tak wyszła mi długa, zostawię Was z liskiem, a ja idę w końcu pospać. 😉

Lis
Rysowałem go od 2014… 😛

Mefisto

#204. Seria małych zwycięstw! Read More »

#203. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.3 – Pierwszy dzień w nowej pracy

27.04.2019_03-27-32

Japeś spędził dzień na nauce krojenia warzyw bez przycinania sobie palców, aby odkryć, że czeka go długa droga nim zrobi coś zjadliwego i bezpiecznego do jedzenia. Poza tym oglądał wiadomości, aby zaznajomić się z realiami świata. Wiedział już jak wygląda scena polityczna, kto jest sławny, a kto nie, gdzie na świecie jest źle, a gdzie dobrze. No i oczywiście był już pewien, że koniecznie musi mieć tą palenię z telezakupów za 99.99, bo to świetna okazja… Na szczęście Smok wyrwał z gniazdka kabel od telewizora nim Wędrowiec zdążył wybrać numer na swoim nowym telefonie komórkowym.

27.04.2019_03-29-58

Po lekkiej kłótni z Pradawnym udał się na spoczynek, aby następnego dnia podjąć się pracy. Punkt siódma stawił się na recepcji szpitala, gdzie przywitał go mężczyzna z dziwnym wąsem i kocimi uszami. Japeś usłyszał krótką instrukcję na czym polega jego praca, ale jego umysł zajęty był łączeniem kocich uszu i wąsów. Jak ktoś mógł coś takiego zrobić? Jak on może tak przychodzić do pracy? Śmiertelnicy to dziwne stworzenia.

Z kiślem zamiast mózgu udał się wgłąb szpitala, gdzie pielęgniarka zasugerowała zapoznanie się z budynkiem. Młodzieniec ruszył w podróż, aż dotarł do automatu, gdzie ostatnie drobne wydał na kanapkę, która przynajmniej nie kojarzyła mu się z bólem pociętych palców. Japeś zerknął ostrożnie na swoje dłonie. To cud, że miał wciąż miał ich dziesięć.

27.04.2019_03-40-26

Kiedy poznał już każdy zakamarek szpitala, wrócił do pielęgniarki, a ta postanowiła dać mu ambitniejsze zadanie i oddelegowała go do witania pajcentów, podawanie im jedzenia, zmywanie podłogi z różnej maści płynów oraz ścielenie łóżek. Zdawałoby się, że to proste zadania, ale nie dla Wędrowca stawiającego pierwsze kroki jako dorosły człowiek. On robił wszystko na swój niesamowity sposób. Pod koniec dnia cały personel oraz wszyscy mobilni pacjenci obserwowali jego technikę kładzenia prześcieradła. Nawet obejrzał go lekarz obawiając się jakiegoś poważnego urazu głowy, ale z lekkim strachem ogłosił wszem i wobec, że młodzieniec był, o dziwo, zdrowy.

27.04.2019_03-19-16

W końcu nadszedł koniec jego zmiany i Japeś udał się do swojego lokum, które będzie spłacać przez conajmniej dekadę. Tam przywitał go Chochlik i przybił z nim piątkę z okazji udanego dnia w pracy. Smok doczłapał do nich chwilę po tym i zapytał o wrażenia. Młodzieniec streścił wszystko pośpiesznie narzekając na swoje koślawe ręce.

27.04.2019_03-25-51

Chłopak postanowił się odprężyć po pracy i obejrzał kanał kucharski. Przyglądał się jak szef kuchni przygotowuje posiłek, operując nożem niczym samurajskim mieczem. Zachęcony udał się do kuchni i postanowił spróbować swych sił na kapuście. Niestety jego sprawność ruchowa odbiegała od sprawności mężczyzny z telewizji, przez co Japeś musiał udać się do szpitala z nożem wbitym aż do kości. Zmianę miał ten sam lekarz, który obejrzał go wcześniej i chociaż starał się zachowywać profesjonalnie to nie potrafił ukryć zdziwienia na jego twarzy, kiedy Wędrowiec zdradził mu, że taką krzywdę zrobił sobie przez kapustę.

Reszta dnia minęła dosyć spokojnie. Smok zamówił pizzę, aby mieć pewność, że jego podopieczny nie zabije się przy robieniu kanapek z dżemem, ale też nie umrze w międzyczasie z głodu.

Następnego ranka młodzieniec stawił się w szpitalu, mimo iż lekarz zalecił odpoczynek. Było to jednak zalecenie bardziej z obawy o destrukcyjne zapędy młodego człowieka niż z rzeczywistej potrzeby odpoczynku. Ku radości pacjentów kontynuował on swoje przydzielone zadania najlepiej jak umiał, a że nie za bardzo umiał to radości było z tego sporo. Chociaż z każdym razem szło mu lepiej, presja jaką wywierali na niego obserwujący go ludzie momentami sprawiała, że stracił kontrolę i robił coś głupiego. Raz nawet, poprawiając krzywo wiszący obraz, zakręcił nim jak tarczą w teleturnieju z powodu lekkiego chichotu jakiejś panienki z tyłu. Jakże stresujące zdawało się ludzkie życie!

Dni mijały powoli, a Japeś sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Mimowolnie stał się atrakcją szpitala, a ludzie dobijali się drzwiami i oknami, aby tylko spotkać tego sławnego, ale niezdarnego chłopaka. Chociaż Wędrowiec nie zdawał sobie z tego sprawy, był już swego rodzaju celebrytą, dzięki któremu szpital otrzymywał pokaźne dotacje. Dyrektor placówki (a był to bardzo łasy na pieniądze człowiek) nie mógł odpuścić takiej okazji i wezwał młodzieńca do siebie zachwalając jego osobę, aż sam zachwalany czuł mdłości. Kiedy jednak słodzieniu dobiegło końca, Japeś opuścił jego biuro z nieoczekiwanym awansem, nowymi obowiązkami, ale niekoniecznie większymi zarobkami. Chłopak jednak w jakiś stopniu był zadowolony z siebie. Chyba postawił pierwszy prawidłowy krok w swoim ludzkim życiu. Pozostało pytanie ile jeszcze takich kroków będzie musiał postawić i jak bolesne będą one dla niego? Znów obejrzał swoje palce – to niesamowite, że wciąż miał ich dziesięć!

Mefisto

#203. Wędrowiec z Krańca Czasu cz.3 – Pierwszy dzień w nowej pracy Read More »

#202. Spellforce: The Order of Dawn (Zakon Świtu)

MV5BZDU3OWViMGUtMzAxNC00YmEyLWIwNGMtMGE4N2JjM2M0Yjk0XkEyXkFqcGdeQXVyOTIwNDI1ODM@._V1_

Spellforce: The Order of Dawn to łącząca w sobie elementy strategii i RPG gra, która została stworzona przez Phenomic i wydawa w listopadzie 2013 przez JoWooD i Encore Software. Jest to jeden z pierwszych tytułów w jakie przyszło mi grać za młodu i przyznam, że miło mi się zrobiło mogąc zagrać w ten zacny tytuł.

Na samym wstępie zaznaczę, że przeklinam do piątego pokolenia wszystkich, którzy brali udział w tworzeniu najnowszej aktualizacji gry. Nie wiem jakim cudem udało im się zebrać tyle błędów gry w jednej aktualizacji, ale do momentu, w którym cofnąłem grę do wersji 1.5.4 (co było niełatwe, bo trzeba było zmieniać numer wersji gry w zapisie przy użyciu specjalnego programu i wbić kod do gry) nie szło po prostu nic zrobić. Na niektórych mapach przeciwnicy pojawiali się z prędkością kota, który usłyszał, że sypiesz mu jedzenie do miski, przez co gra zawieszała się co chwilę. A jak przypadkiem gra się nie wywaliła to kończyło się to na tym, że po całej mapie ganiało cię pół stadionu narodowego, a Ty zastanawiałeś się, co w poprzednim życiu nabroiłeś, że w tym istnieniu pokarano Cię takimi błędami w grze!

39540_20180916010525_1

To tyle ze złych aspektów gry. Teraz czas na te dobre. 🙂

Naszą postacią (którą możemy sami stworzyć lub wybrać spośród gotowych bohaterów) jest runiczny wojownik (Rune Warrior). Runiczny wojownik charakteryzuje się tym, że jest chociaż można go zabić to odradza się dzięki swojej runie. Chociaż jest to całkiem duża zaleta, runa jest jednocześnie słabością naszego bohatera, bowiem pozwala ona nami sterować – niekiedy wbrew naszej woli. Do dyspozycji mamy w sumie naszego bohatera i pięć innych postaci.

Do dyspozycji mamy też runy różnych ras: ludzi, elfów, krasnoludów, mrocznych elfów, orków i trolli, które można przyzywać w odpowiednich monumentach. Jest to element RTS (real time strategy – strategia czasu rzeczywistego), który przydaje się, kiedy forsujemy sobie drogę przez liczne zastępy przeciwników. Nie bez powodu runiczni wojownicy byli tacy efektywni w służbie swoim twórcom – Magów Kręgu (Mages of the Circle).

Zacznijmy jednak opowieść!

Rohen Tahir – ostatni żyjący Mag Kręgu – przyzywa nas, abyśmy wspomogli go w jego misji przeciwko strasznemu złu, jakie czai się w rozdartych przez Rytuał Konwokacji (Convocation Ritual) krainach. Mag jest uczciwy i oddaje nam naszą runę, a my w pewnym sensie odzyskujemy wolność. Wyruszamy do Greyfell, aby spotkać się z Zakonem Świtu i kontynuować naszą misję. Po drodze spotykamy naszego nemesis – zamaskowanego człowieka, który okazuje się Magiem Kręgu. Zostawia on nas z posłańcem, planami ataku i rozkazem zabicia naszego runicznego bohatera, co się, oczywiście, nie udaje. Wyruszamy dalej i forsujemy sobie drogę przez wrogie tereny za pomocą własnych możliwości, ale też i z pomocą runicznych podwładnych.

39540_20180828025352_1

W Greyfell zostajemy odesłani z planami do Rohena, bowiem pudełko zamknięte jest na cztery spusty za pomocą magii na tyle potężnej, że potrzebny jest nam nie kto inny jak Mag Kręgu. Chociaż brzmi to prozaicznie prosto to jednak między moimi słowami kryje się conajmniej kilka map i setki przeciwników do pokonania. Mamy też do czynienia z nowymi, niesamowicie silnymi stworzeniami nazywającymi się Ostrzami (Blades).

39540_20180904183155_1

Ostatecznie docieramy do Rohena, a wraz z nami nasz zamaskowany nemesis, który zadaje magowi śmiertelny cios. Runiczny wojownik jest wściekły, bowiem po raz kolejny stał się marionetką kręgu. Udajemy się do Greyfell, a stamtąd do Dariusa, aby dowiedzieć się jak pokonać Maga Kręgu i otrzymać księgę zawierającą informacje o Rytuale Konwokacji. Ostatecznie wędrując od jednej do drugiej postaci, docieramy do martwego Maga Kręgu Hokana Ashira a ten, w zamian za maskę Beliala, opowiada nam o Kamieniu Feniksa (Pheonix Stone) – artefakcie stworzonym z czystej magii będącym jedyną szansą na pokonanie maga, a nawet odbudowanie zrujnowanego świata.

39540_20180909110019_1

Wyruszamy w pogoń za kamieniem, mierząc się z przeciwnościami losu. Musimy przedrzeć się przez ruiny Mulandir, które po wojnie magów zostało zrównane z ziemią, a w jego ruinach zaplęgły się demony. Nasze zadanie jest utrudnione, bowiem musimy przemknąć się między Przeklętymi Strażnikami (Cursed Guardians), aby nie zamieniły nas w kamień i zabiły wraz z pomocą gargulców.

Kiedy po raz kolejny zrobimy krok w przód i zdobędziemy Kamień Feniksa, pojawia się nas zamaskowany przeciwnik i tak po prostu zabiera nam artefakt. Nie poddajemy się, gonimy za nim, aż, po wielu bitwach, docieramy wręcz na skraj świata, by być świadkiem, jak Mag cofa się w czasie powodując tym samym, że krąg (czasu) się zamyka…

Gra jest zarówno bardzo dobrym RPG pozwalającym na wgryzienie się w kawałek smacznej i ciekawej fabuły, i strategią, dzięki której możemy praktykować nasze przywódcze zdolności. Bardzo podoba mi się możliwość rozwoju głównej postaci w dowolnie dogodny dla nas sposób, dzięki czemu miałem wojownika biegającego w ciężkiej zbroi i leczącego wszystkich na około (powiedzmy, że to był paladyn). Chociaż na większości map twórcy sugerowali nam korzystanie z monumentów i tworzenie armii, to jednak dobrze stworzona postać była wystarczająca, aby rozgramiać przeciwników. W końcu można umierać bez końca i wracać na pole bitwy, aby siać dalej terror.

Pomimo lekkich niedogodności na początku to i tak z całego serca polecam tą grę, a także wydane w nieco późniejszym czasie dodatki, o których także napiszę parę słów (a może nawet i więcej niż parę słów, bo w końcu zawierają one kolejną historię, godną miana pełnej wersji gry). Od czasów dzieciństwa uważam ten tytuł za jeden z najlepszych i po dziś dzień moje zdanie się nie zmieniło.

Mefisto

#202. Spellforce: The Order of Dawn (Zakon Świtu) Read More »

#201. Kącik Podróżniczy nr 9

PORTISHEAD MARINA LAKE

map

Posiadanie dziecka sprzyja odwiedzaniu miejsc, do których wcześniej zagnałoby nas jedynie dziwne zrządzenie losu. W poszukiwaniu miejsc do spacerów, placów zabaw, czy innych dziecięcych wybiegów znaleźliśmy sztuczne jezioro o nazwie Marina Lake, gdzie mieści się i plac zabaw, i kafejka, i łódki o ptasich kształtach, i klub krykieta, i klub kręglarski… W okolicy za to znajduje się latarnia i basen.

Udało mi się wygospodarować godzinny lunch, więc popędziliśmy tam, aby wybiegać Smoczyńskiego, a że on z gatunku jest smok wodny to ciągnęło go do jeziora, jakby miał magnez w tyłku. Aczkolwiek udało się obejść jezioro bez niepotrzebnego nurkowania do wody za wodolubnym wariatem.

Było wtedy mało ludzi, ale zrzucam to na pogodę: trochę wiało i zbierało się na deszcz. Łódki w kształtach ptaków stały puste – nie wiem, czy sezon dopiero się zaczyna, czy po prostu pogoda była tak zniechęcająca. W sumie może nawet bym i popływał na czymś takim, ale jak pomyślałem, że trzeba byłoby związać Smoczyńskiego, żeby nie właził do wody… 😉

Przez to nie udało nam się zbliżyć do “Ptasiej Wyspy”, gdzie mieszkały sobie ptasie rodzinki. Ptaki na tym jeziorze są dosyć dużą atrakcją i jest ich sporo. Widzieliśmy kilka rodzinek z młodymi, więc pośpiesznie zrobiłem kilka zdjęć (tylko kilka, bo za sobą słyszałem “szybciej, bo ja go dłużej nie utrzymam” pośród szaleńczych śmiechów Smoczyńskiego).

Nieco dalej jest kafejka (w której można kupić ziarna dla ptaków) i plac zabaw dla dzieci z wydzielonym skrawkiem dla dorosłych, którym zamarzyło się poćwiczyć na świeżym powietrzu.

Jako, że pogoda się pogorszyła to wróciliśmy pośpiesznie do domu. Aby stamtąd wyjechać musieliśmy udać się jednokierunkową uliczką i z oddali zobaczyliśmy małą, ale ciekawą latarnię morską, do której mam nadzieję niedługo się udać. 🙂

Mefisto

#201. Kącik Podróżniczy nr 9 Read More »

Scroll to Top