#207. Z życia urzędnika cz.8

Są takie elementy pracy urzędnika, które ciężko gdziekolwiek indziej spotkać. Nie twierdzę jednak, że są niemożliwe – po prostu ten typ zawodu przyciąga niektóre rzeczy jak magnez. Zdaję sobie sprawę, że wiele z tych rzeczy to efekt niskiej jakości usług świadczonych przez niektórych urzędników, ale postanowiłem opisać kilka z nich wraz z ich oddziaływaniem na przeciętnego pracownika urzędu.

Protesty. Każdy o nich słyszał, niektórzy nawet w nich uczestniczyli. Urzędnik cieszy się, kiedy wydarzają się z dala od urzędu z racji tego, że protestujący lubią wyłapywać szeregowych pracowników kierujących się w stronę domu i maltretować ich o spełnienie ich żądań. A taki pracownik może tylko odpowiedzieć “ja tu tylko sprzątam”, bo cózże może taki mały nikt bez uprawnień do czegokolwiek? Od tego są ci na górze, zasłonięci ochroną i zamkniętymi, mocarnymi drzwiami.

Razem z protestami, problemem są dla nas dziennikarze. Od udzielania odpowiedzi są ludzie na odpowiednich stanowiskach. Nam, szaraczkom, zabrania tego nawet umowa o pracę, a nie chciałbym dostać dyscyplinarki za wypowiadanie się w temacie, o którym słyszę dopiero z ust dziennikarza.

Budynek urzędu otwarty jest dla wszystkich, więc zdarzy się, że ktoś “zapomni” plecaczka. Wiadomo, wtedy jest ewakuacja, ludzie stoją na zewnątrz i czekają, aż pakunek okaże się uzbrojony w 300-stronnicową skargę, o której zapomniał znudzony życiem dziadek. Rozumiem, że są procedury i cieszę się, że one są, bo nie chciałbym uczestniczyć w ruletce pod tytułem “dzisiaj Ty sprawdzasz, czy to ładunek – najwyżej zdrapiemy Cię ze ściany”. Aczkolwiek męczące jest to, że ludzie potrafią to zrobić w ramach żartu albo dla propagandy “bo urząd się z czymśtam nie wyrabia”. No nie wyrabia się, bo stoimy na zewnątrz budynku, kiedy “rozbrajany” jest niebezpieczny plecack z kanapką w środku lub karteczką “it’s a prank, bro”.

Kolejną rzeczą jest to, że pracę mojego działu definiuje specjalna ustawa (bo w końcu są to zasiłki i to nie te podstawowe tylko bardziej skomplikowane). Streszona ustawa dostarczana jest przy pierwszym kontakcie, więc te “paskudne człowieki” powinny wiedzieć, o co chodzi. No i niestety tak to nie działa. Bo jeszcze zrozumiem, jak zadzwoni pan/i i zapyta, bo nie rozumie. Gorzej jak zadzwoni ktoś, który czytał, wie, rozumie i żąda… Albo dzwoni, pyta, ja mówię, wyjaśniam i wspominam, że powinien był dostać kopię, a on uroczo mi oświadcza, że owszem dostał i wyrzucił, bo nie chciało mu się czytać.

Wrócmy jednak do grupy, która żąda. Tacy ludzi oczekują ode mnie łamania prawa i ryzykowanie utratą pracy. Nie, dziękuję. Jak sporo dobrego serca mam dla ludzi i potrafię naginać zasady, aby tylko pomóc jak najszybciej, ale nie zrobię nic niezgodnego z prawem. I jak wielu ludzi to rozumie, tak wielu ma do mnie o to pretensje. Co najgorsze: pretensje częściej słyszałem od osób postronnych…

Mój ulubiony temat, który łączy się z grupą żądającą to “ja ci płacę za to”. No tak, bo urząd jest finansowany z podatków, więc nagle każdy Smith, czy inny John będzie moim pracodawcą. A jak pytam o podwyżkę z powodu stresujących warunków pracy to nagle temat się zamyka, hmmmm… Sprawa jest w tym momencie prosta: zatrudnia mnie urząd, urząd działa na bazie ustawy, a ja tam działam jedynie jak trybik, którym poruszają odpowiednie legislacje. Jeśli się nie podoba to niestety trzeba pisać skargi w celu poprawy ustawy albo głosować na innych polityków, a nie krzyczeć na mnie “wyskakuj z kasy” przez telefon, bo ja nawet nie mam jak wepchnąć gotówki do słuchawki…

Jeśli kogoś to ciekawi to urząd miasta nie tylko funkcjonuje dzięki podatkom, ale też i z własnych inwestycji, bo – bądźmy szczerzy – jak widzę ile zachodu jest z egzekwowaniem płacenia tych podatków (tzw. Council Tax), ile osób jest z nich zwolnionych (i to jest główna grupa ludzi, którzy do mnie dzwonią!) to urząd byłby dawno martwy.

Na sam koniec wspomnę o przełożonych, ale nie tak bezpośrednich tylko takich, co są prawie na szczycie i wiszą nad nami, szaraczkami, jak chmurki. Oni uwielbiają tworzyć dla nas nowe reguły, które ani trochę nie są możliwe do wykonania. No dobra, są, ale można by było to zrobić w bardziej efektywny sposób, dzięki czemu urzędnicy byliby wydajniejsi, a petenci bardziej zadowoleni.

Przykładem takiego działania jest decyzja włodarzy o tym, abyśmy sami zapewniali konta bankowe dla naszych “klientów”. Ma to na celu eliminowanie oszustw. Pozwala to na natychmiastowy wgląd w ich wydatki, bo inaczej musimy prosić ich o ich wykazy bankowe, a tutaj nie zawsze je wysyłają. Początkowo wszyscy “klienci” mieli na tym wylądować, ale ostatecznie skończyło się na tym, że kto chce, ten może zostać na starym systemie. Dla nas, urzędników, oznaczało to operowanie na dwóch różnych systemach, co tylko dołożyło nam pracy. Efekt do przewidzenia: robią się nam zaległości.

Grunt jednak, że na tych na górze nikt nie nakrzyczy przez telefon!

Mefisto

 

#207. Z życia urzędnika cz.8 Read More »