Witajcie!
Nie było mnie tutaj długo, bo aż rok. Ledwo pamiętam, jak się poruszać tutaj na blogu, serio. Wszystkich zawiedzionych przepraszam, ale życie moje potoczyło się w całkiem niespodziewaną stronę i szczerze: wciąż się po tym zbieram. Postaram się krótko i w miarę chronologicznie opisać wszystkie złe i dobre chwile, które wyrwały mnie na tak długo od blogowania.
Niektórzy z Was wiedzą, że zmarła najważniejsza kobieta w moim życiu – moja babcia. Nie stało się to niedawno, leci już trzeci rok. Ciężko było mi się po tym podnieść, nie wiedziałem nawet jak się po tym podnieść. Mój syn, mały Smoczyński, był dużym wsparciem, cały czas zresztą jest. Ograniczyło to jednak moje możliwość pisania notek, grania w gry i w dużej mierze wielu innych rzeczy – częstość publikowania notek spadła na łeb na szyję, ale sam siebie podziwiam za to, że jeszcze jakość dałem radę pisać dalej.
W tym czasie walczyłem ze studiami, wychowaniem Smoczyńskiego na ludzi, upierdliwym systemem i pracą, która z chwili na chwilę staje się coraz cięższa. Przy okazji szukaliśmy też mieszkania. W Japonii. Tak, dobrze czytacie. Znaleźliśmy, kupiliśmy i poza pracą oraz studiami, pod koniec października mieliśmy pierwszy lot (dla mnie i Smoczyńskiego) na drugi kraniec świata. Sam lot był dosyć znośny. Smoczyński, po dwóch godzinach snu, przeżył podróż autokarem do Londynu i pierwszy lot do Europy. Lot do Japonii był trochę cięższy, bo podawano jedzenie i biedaczyna musiał czekać. Poza tym jego zachowanie było na 5+.
Nie byliśmy w sezonie, więc dostępność hoteli była mała, więc padło na przybytek opisujący się jako “były love hotel” (co to są love hotele to chyba się domyślacie). To wciąż był love hotel, ale miał nietematyczne pokoje, więc był dosyć przytulny i dosyć przyjazny dzieciom. Czysto, schludnie, duża łazienka z jacuzzi, z którego Smoczyński mógłby nie wychodzić.
Pierwszy tydzień biegaliśmy po sklepach i gromadziliśmy pierdółki, które w tamtej chwili wydały się potrzebne do mieszkania. Potem nadszedł koniec października, podpisanie ostatnich dokumentów i odbiór kluczy. Mieszkanie okazało się lepsze niż na zdjęciach (tak, jechaliśmy na bardzo dużym zaufaniu do agencji i niesamowitym szczęściu). Widok z każdej strony jest przepiękny. Od tego momentu zaczęła się nasza ciężka praca w remoncie – na szczęście lżejszym niż się spodziewaliśmy. Nasza przygoda w Japonii ograniczyła się do prac w domu i kilku małych wypadów do okolicznych atrakcji.
Niestety w trakcie naszego wyjazdu dowiedziałem się, że mój dziadek zmarł. Kolejna bardzo ważna postać w moim życiu. Uszło ze mnie sporo powietrza, ale najbardziej odczułem to po powrocie. Mimo tego kontynuowałem studia, pracowałem i starałem się być wzorowym tatą, a w środku po cicho płakałem, aż serducho przestało boleć. Sporo czasu zajęło mi dojście do siebie. Uciekłem trochę w wypieki wszelkiej maści i produkuję teraz dżemy, ciasta i własny chleb na zakwasie. Terapia w stylu mojej babci: jak cię coś męczy to po prostu coś upiecz.
Jakby tego było mało, padł mi komputer do nauki i musiałem się zaopatrzyć w nowy. Pewnie bym to olał, ale na studiach potrzebowałem sprawnego, który uruchomiłby matematyczne oprogramowanie z piekła rodem. Padło więc na Dell XPS 13 9350 z Ubuntu na pokładzie. Laptop do nauki i trochę do grania (testowałem). Jestem generalnie zadowolony. Do gamingowego sprzętu nie miałem co wracać, bo na tym etapie był już rozłożony i w większości sprzedany. Nie martwcie się jednak: gry bardzo dobrze chodzą mi na Steam Decku i Lenovo Legion Go S, więc mam na czym grać i będę miał o czym pisać.
Dotarliśmy do początku lata. Całość zbierała się z powrotem do Japonii, aby dokończyć remont: montaż klimatyzacji i kilku dodatkowych gniazdek elektrycznych. W tym samym czasie ja miałem trzy egzaminy, z czego pierwszy wypadał w dniu wylotu Całości. Dałem radę, zdałem wszystkie trzy. Zostały mi dwa moduły do zrobienia, z czego jeden to praca magisterska. Wpłynęło to jednak na mnie na tyle, że musiałem pominąć urodziny bloga. Zdarza się niestety, ale strasznie mi szkoda tego sznurka. Może zrobimy celebrację w listopadzie? Takie pół-urodzinki.
Całość wróciła do nas po 1.5 miesiąca w Japonii. Remont się udał, chociaż był już tym razem kosztowniejszy z powodu rozwydrzenia pewnego prezydenta. Nie chcę tego nawet komentować, bo jednak obiecałem sobie nie stresować się głupimi rzeczami.
Oczywiście po powrocie Całości musieliśmy się pochorować. To nie tak, że robimy to specjalnie, ale mam wrażenie, że odkąd w Anglii oficjalnie ogłoszono koniec pandemii, ludziom odbiło i biegają po miejscach publicznych, kaszląc i kichając na każdego, kto znajdzie się w zasięgu ich smarków. Także 3 tygodnie z życia wywalone, potem chwila przerwy i teraz siedzimy sobie z podejrzeniem ospy u Całości. Tak, powrót na bloga wydarzyłby się z jakiś miesiąc temu, ale zbieranie drobnoustrojów jak Pokemonów nam nie służy.
No i docieramy do tego momentu: próbuję powoli wracać do życia, do rzeczy, które lubię i do rzeczy, które trzymały mnie w dobrym zdrowiu psychicznym (a gry i pisanie o nich mają taki efekt na mnie). Zamierzam wrócić – na razie będę pisał notki co dwa tygodnie. Postaram się jednak przygotować na to, aby notka pojawiała się raz w tygodniu. Mam sporo gier, jeszcze większe zaległości w nich, a jest tyle ciekawych tytułów, które w niedługim czasie zostaną opublikowane, więc myślę, że to może się udać. Spróbować nie zaszkodzi – jak coś można wrócić do dwutygodniowego systemu publikowania wpisów. 🙂
Także – WRÓCIŁEM! I myślę, że znowu zostanę tu na trochę. Trzymajmy wszyscy za to kciuki! A pierwsza po powrocie gamingowa notka już za tydzień. Do zobaczenia! 🙂
Mefisto